Przypowieść o odnalezionej owcy i drachmie

Ewangelia według św. Łukasza 15, 1-10:

W owym czasie przybliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie, mówiąc: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.  Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła”. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: „Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam”. Tak samo, powiadam wam, radość nastaje wśród aniołów Bożych z powodu jednego grzesznika, który się nawraca”.

Medytacja biblijna:

Rozpocznijmy dzisiejszą medytację od zdania otwierającego dzisiejszy fragment ewangelii: „W owym czasie przybliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać”. Chciejmy sobie wyobrazić, jak celnicy i grzesznicy garną się do Jezusa, przychodzą do Niego. Można byłoby postawić sobie pytanie: co takiego było w Jezusie, że oni tak spontanicznie garnęli się do Niego i tak chętnie przebywali w Jego towarzystwie? Odpowiedzi na to pytanie może nam udzielić nasze doświadczenie życiowe. Znamy bowiem z własnego doświadczenia, że chętniej spędzamy czas z ludźmi, od których bije ciepło, ludzka życzliwość, szczerość i autentyczność. Pociąga nas do nich dobroć, piękno i szlachetność ich człowieczeństwa. Po prostu przebywając z takimi ludźmi, czujemy, że dobrze nam być w ich towarzystwie. Sami też dobrze jednak wiemy, że często unikamy ludzi, od których, jak mówimy, „bije zła energia”. Jest ona związana z ich sposobem patrzenia na świat, życie a zwłaszcza na innych ludzi. W każdym razie źle się czujemy z takimi osobami i niestety nieraz ze wstydem przyznajemy się, że nie tylko takich osób nie lubimy, ale ich wręcz unikamy.

Drugie zdanie dzisiejszej ewangelii może nam podpowiedzieć, skąd bierze się taka „zła energia” w tych osobach. Czytaliśmy w medytowanym fragmencie ewangelii słowa: „Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie, mówiąc: Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. Ewangelia mówi, że faryzeusze i uczeni w Piśmie szemrali, co z greckiego możemy także tłumaczyć, że narzekali. To zachowanie faryzeuszy może dużo nam powiedzieć o tym, co działo się w ich wnętrzu. Oni po prostu wewnętrznie negatywnie oceniali Jezusa, potępiali go za to, co czynił i mówił. Moglibyśmy powiedzieć, że patrzyli na niego złymi oczami, dlatego szemrali i narzekali na Niego.

Ta właśnie postawa faryzeuszy i uczonych w Piśmie odpowiada nam na pytanie, kiedy człowiek ma w sobie takie „złe energie”, odpychające innych od niego – kiedy nosi w sobie ducha narzekania, szemrania, potępiania i osądzania innych. Kiedy popatrzymy w nasze doświadczenie życiowe, to przyznamy rację, że rzeczywiście źle się czujemy w towarzystwie takich osób, u których mimo zewnętrznie prezentowanej nieraz miłej i kulturalnej powierzchowności, wyczuwamy jednak postawę nieustannego wewnętrznego oceniania i osądzania innych. Takie serce mieli właśnie faryzeusze i uczeni w Piśmie. Nie dziwi więc fakt, że ludzie unikali ich towarzystwa. Zewnętrznie liczyli się z nimi ze względu na ich pozycję społeczną, ale wewnętrznie, sercem, odcinali się od nich i unikali ich.

Dzisiejsze drugie czytanie pochodzi z Pierwszego Listu św. Pawła Apostoła do Tymoteusza (1, 12-17). Paweł pisze w tym fragmencie takie słowa: „Dzięki składam Temu, który mnie przyoblekł mocą, Chrystusowi Jezusowi, naszemu Panu, że uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę” (1, 12-13a). Ciekawą wymowę może mieć słowo oszczerca, kiedy tłumaczy się je z oryginalnego języka greckiego. Można doszukać się tu takich znaczeń jak być człowiekiem czerpiącym przyjemność z ranienia ludzi i znęcania się nad nimi, a w dodatku jeszcze zachwycającym się takim sposobem postępowania. Cechą takiego człowieka jest przede wszystkim postawa pogardy wobec innych i patrzenia na nich z poczucia wyższości. Paweł pisze o sobie, że przed spotkaniem z Chrystusem był właśnie takim człowiekiem. W kontekście naszych rozważań, dzięki słowom Pawła otrzymujemy dalszą podpowiedź, kiedy w ludziach rodzą się takie „złe energie”, które odpychają innych od niego – kiedy ktoś ma w sobie postawę pogardy wobec innych, kiedy rani innych swoimi słowami i postępowaniem, uważając przy tym, że zna prawdę i że jego postępowanie jest dobre oraz słuszne. Nie widzi jednak, że brakuje mu postawy autentycznej miłości i pokory.

Skoro ludzie uciekali od faryzeuszy i uczonych w Piśmie wyczuwając w nich „złe energie”, a przychodzili do Jezusa, to z pewnością w Jezusie było inne serce. Tak było w Nim serce kształtowane przez Bożego Ducha. Św. Paweł w Liście do Galatów pisze, jakie cechy ma człowiek, który jest kształtowany przez Bożego Ducha: „owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” ( 5, 22-23a). Ludzie garnęli się do Jezusa, czując Jego pełne dobroci i łagodności serce, a zwłaszcza Jego postawę nie oceniania i potępiania, ale miłosiernego spojrzenia i rozumienia innych. Pięknie opisał to serce Jezusa św. Mateusz, kiedy odniósł do Niego słowa z Księgi Izajasza: „Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi” (12, 19-20a).

Zatrzymajmy się nad tymi kontrastowymi postawami z jednej strony Jezusa, a z drugiej strony faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Pomyślmy o sobie i postawmy sobie pytania: jakim jest człowiekiem, jakiego mam w sobie ducha? Czy ludzie chętnie przebywają w moim towarzystwie, czy może go nawet szukają? Czy też odstraszam ludzi od siebie, bo ich nieustannie oceniam i osądzam, by nie powiedzieć potępiam, a może nawet pogardzam nimi, depczę ich, zgniatam ich wewnętrznie i gaszę swoimi słowami oraz zachowaniem ich wrażliwość, nadzieję, radość życia? Nieraz nieustannie się zastanawiamy, co robić, jak ewangelizować, by pociągać ludzi do Boga. Odpowiedź, jakiej nam dziś udziela słowo Boże jest prosta – różne akcje nic nie dadzą, jeśli nie będziemy mieli w sobie serca ukształtowanego przez Ducha Bożego. Takie serce nie musi wiele robić, by inni chętnie z nim przebywali i czerpali z jego stylu życia. Ludzie jakby spontanicznie wtedy garną się do takich osób i z nimi przebywają. To właśnie ich postawa i codzienny styl życia zmienia wielu, nieraz bez mówienia i tłumaczenia. Dzisiejsza ewangelia pyta nas więc o jakość naszego człowieczeństwa.

Zauważmy, że człowieczeństwo Jezusa objawiało Jego boskość, miłosierdzie Ojca i moc Ducha Świętego. Nie inaczej będzie z nami, jeśli będziemy pracowali przy pomocy Ducha Świętego nad naszym człowieczeństwem. Ono także spontanicznie stanie się miejscem objawiania Bożej obecności zamieszkałej w naszym sercu. Dla wielu z nas ewangelia jest tak mocno przemawiająca, ponieważ nie tylko głosi miłość i miłosierdzie Boże, ale także dlatego, że ona, jak powiedział to św. Jan Paweł II we Włocławku w 1991 r., „czyni człowieka bardziej człowiekiem”.

W tym kontekście, a zwłaszcza w sytuacji, kiedy uświadamiamy sobie nasze słabości odnośnie do jakości naszego człowieczeństwa, warto się pomodlić wersetami dzisiejszego psalmu responsoryjnego, pochodzącymi z psalmu 51: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość. Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Stwórz, Boże, we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha. Nie odrzucaj mnie od swego oblicza i nie odbieraj mi świętego ducha swego. Boże, moją ofiarą jest duch skruszony, pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz”.

Osądzająca i potępiająca postawa faryzeuszy i uczonych w Piśmie może być także obrazem jeszcze jednego ważnego problemu, który jak podpowiada doświadczenie życiowe, może dotykać niejednego z nas. Chodzi o zjawisko wewnętrznego krytyka. Niejednemu z nas ten wewnętrzny krytyk nie tylko, że utrudnia życie, ale właściwie pozbywa jego radości i pokoju, wprawiając nas często w stan wewnętrznego zamętu, napięcia, samopotępienia i zawstydzenia, a także niejednokrotnie w stan dużego smutku, czy nawet rozpaczy. Problem jeszcze bardziej się komplikuje zwłaszcza w życiu osób religijnych, które często tego krytyka wewnętrznego biorą za głos Boga i utożsamiają go z Nim. Religijność takich osób jest po prostu staraniem się, by zaspokoić oczekiwania i żądania tego krytyka wewnętrznego (a według nich Boga), zwłaszcza przez bycie doskonałym i czystym moralnie. Osoby te sprowadzają istotę religijności do kształtowania w sobie właśnie takiej postawy, że chodzi w niej o to, by być doskonałym i czystym moralnie.

Warto sobie uświadomić pochodzenie w nas tego wewnętrznego krytyka. Omawiając to zagadnienie dokonamy dużych skrótów w opisie tego zjawiska. Mam nadzieję, że kiedyś będzie okazja, by szerzej i głębiej je przedstawić. W każdym razie wewnętrzny krytyk, to część naszej osobowości, która powstała w procesie wychowania, zwłaszcza u tych osób, które miały surowo oceniających i wymagających rodziców, a którym przy tym brakowało postawy ciepła emocjonalnego i liczenia się z uczuciami dziecka. Rodzice ci często za brak spełnienia ich rodzicielskich oczekiwań, nakazów, zakazów i poleceń karali dzieci fizycznie lub emocjonalnie. Trudniej to karanie może być zauważone przez te osoby, których rodzice karali ich emocjonalnie i przez zrywanie emocjonalnej więzi z nimi na krótszy lub dłuższy czas, np. przyjmując postawę obrażenia się i zamknięcia się na dziecko. W każdym razie relacje między takimi rodzicami a dziećmi często nacechowane były uczuciami strachu, złości, wrogości, agresji. Dziecko chcąc mieć poczucie więzi z takimi rodzicami i doświadczać z ich strony akceptacji, musiało kształtować tak swoje zachowanie, by jak najczęściej spełniać rodzicielskie oczekiwania, nakazy, zakazy i polecenia. W ten sposób unikało ono doświadczania karania i emocjonalnego odrzucenia oraz doświadczania negatywnych emocji w stosunku do siebie ze strony swoich rodziców. Zyskiwało natomiast dzięki takiej postawie akceptację i oznaki zadowolenia, objawy miłości i czułości ze strony swoich rodziców.

Psychika ludzka ma ponadto taką właściwość, że potrafi uwewnętrzniać nie tylko głos swoich rodziców, ale także ich spojrzenie na życie, czyli po prostu ich mentalność. Taki proces uwewnętrznienia postaci rodzicielskich powoduje, że dziecko z biegiem czasu nie musi słyszeć fizycznego głosu rodziców, by zachowywać się tak jak oni chcą. Powstaje bowiem w człowieku część osobowości złożona z mentalności jego rodziców. Natura rozwoju psychiki jest taka, że z biegiem czasu ta część osobowości staje się w człowieku autonomiczną częścią, jakby oddzielną osobą obdarzoną własnym głosem w nas. Dziecko w toku dalszego rozwoju coraz bardziej może się z tą częścią utożsamiać i oddawać jej centralną władzę nad sobą. Ostatecznie myśli tej części osobowości, doświadczanej jako wewnętrzny krytyk, stają się myślami dziecka. Kiedy zatem z czasem ma ono wykonać coś, co nie podobało się rodzicom (choć nie musi być to koniecznie złe moralnie, a jedynie nie podobające się rodzicom), przychodzą mu do głowy myśli oceniające i potępiające go, grożące ukaraniem go np. przez wyobrażenie ulęgnięcia nieszczęśliwemu wypadkowi.

Z punktu widzenia rozwoju religijnego najgorsze, co może się stać w takiej sytuacji, to jak wspomniałem, utożsamienie wewnętrznego krytyka z osobą Boga. Bóg wtedy jawi się człowiekowi, jako ktoś, kto nieustannie stawia wymagania, żąda bezwzględnego posłuszeństwa, doskonałości, a jeśli się tego nie spełni, grozi surowymi konsekwencjami życiowymi, łącznie z utratą jakiś dóbr materialnych, pracy, zdrowia lub nawet życia. Wiele osób religijnych nie potrafi wyzwolić się z takiego obrazu Boga i doświadczenia nękania przez wewnętrznego krytyka. Ich religijność jest pełna lęku i napięcia emocjonalnego, zwłaszcza poczucia winy i wstydu, której brakuje ufności i pokoju wewnętrznego.

Warto zdać sobie sprawę z dynamiki działania takiego wewnętrznego krytyka w nas. Najczęściej uświadamiamy sobie jego działanie w stosunku do nas, to znaczy doświadczamy, jak on wewnętrznie stawia nam wymagania, żądania, nakazy i zakazy, jak nas potępia i ocenia za nasze słabości i niedociągnięcia, a także jak nas straszy wizjami konsekwencji, jakie nas mają rzekomo spotkać za nasze niedoskonałości. Jednak przejawem jego istnienia w nas jest także nasza postawa oceniania i potępiania innych. Mówiąc krótko – innym robimy to, co robi nam nasz krytyk wewnętrzny. A zatem innym stawiamy wysokie żądania i oczekiwania. Innych potępiamy i oceniamy za ich słabości i niedociągnięcia, zwłaszcza takie, z którymi sami się borykamy i z którymi sami nie potrafimy sobie poradzić. W końcu – innych także karzemy, najczęściej złością, gniewem, agresją, pretensjami, obgadywaniem, odrzuceniem emocjonalnym a czasem nawet rzeczywistym zerwaniem relacji, gdy nie spełniają oni naszych oczekiwań i żądań.

Innym przejawem działania wewnętrznego krytyka w nas są powstające w nas przekonania, że inni będą nas traktować tak, jak traktuje nas wewnętrzny krytyk. Przejawem tych przekonań mogą być nasze wyobrażenia jak nieraz widzimy innych ludzi. W tych wyobrażeniach są oni przedstawiani jako ci, którzy nas nieustanne oceniają, stawiają nam wymagania i oczekiwania, są niezadowoleni i potępiają nas, kiedy nie zachowujemy się tak, jak niby od nas tego oczekują. Widzimy ich także jako tych, którzy są gotowi w różnorodny sposób nas karać, najczęściej przez zawstydzanie nas, wyśmiewanie, odrzucenie i zerwanie relacji z nami. Nic dziwnego, że wiele takich osób z wewnętrznym krytykiem wewnątrz siebie zamyka się w sobie, unika innych i często prowadzi życie w samotności oraz z dala od innych.

Co zrobić z takim wewnętrznym krytykiem, zwłaszcza w płaszczyźnie życia religijnego, kiedy on często niestety jest utożsamiany z Bogiem? To też sprawa wymagającego szerszego wyjaśnienia, a ramy tej medytacji nie pozwalają na tak dogłębne jej omówienie. Podpowiedzmy jednak kilka sugestii. Pierwsze, co może być nieraz niesamowicie trudne, to uzmysłowienie sobie, że ten głos wewnętrznego krytyka nie jest głosem Boga, nie jest Nim. Drugie, to nauczenie się umiejętności widzenia, jakie uczucia, myśli, pragnienia pochodzą od wewnętrznego krytyka. Trzecie, to ćwiczenie w dystansowaniu się od jego żądań, oczekiwań, nacisków, od poczucia winy, lęku, a także od wyobrażeń kar, jakie nas spotkają w związku z tym, że nie zrobimy tego, czego on od nas żąda i oczekuje. I czwarte – to uczenie się zawierzania się Bogu w chwili doświadczania oczekiwań i żądań wewnętrznego krytyka, a także uczuć wzbudzanych przez niego, a zwłaszcza lęku i poczucia winy, oraz doświadczania wyobrażeń czekających nas kar w wyniku braku naszego posłuszeństwa względem głosu wewnętrznego krytyka.

Jednak najważniejszym krokiem w tej pracy w celu uwolnienia się od wewnętrznego krytyka i sposobów jego działania, jest poznawanie poprzez Ewangelię Boga takim, jaki jest naprawdę oraz poznawanie siebie w Nim, poprzez poznawanie prawdy o swoim sercu i o Bożej wizji, mówiącej nam, jakimi On pragnie, byśmy w rzeczywistości się stali. Kolejna część dzisiejszej ewangelii jest właśnie zaproszeniem do tego, byśmy odkryli, jaki jest rzeczywiście Bóg – że nie ma On nic wspólnego ze sposobem działania naszego wewnętrznego krytyka. Wydaje się, że faryzeusze i uczeni w Piśmie są w swojej świadomości zawładnięci przez obraz Boga jako wewnętrznego krytyka, dlatego nie potrafią zrozumieć, dlaczego Jezus tak a nie inaczej zachowuje się wobec celników i grzeszników. Przypatrzmy się zatem przypowieści Jezusa o właścicielu stada owiec, który zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i idzie szukać jednej, która zaginęła.

Ciekawa rzecz, która może tu dużo wnieść światła w głębsze odczytanie tej przypowieści, to fakt, że Jezus nie mówi w niej o pasterzu i owcach, tylko odwołuje się wprost do słuchaczy: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie?”. Któż z was? To ważne odwołanie, bo nie mówi ono o pasterzach wynajętych do pilnowania owiec , ale o bezpośrednim właścicielu stada owiec. Wynajęty pasterz nie musi wcale mieć jakiegoś stosunku emocjonalnego do powierzonych mu owiec. Może wykonywać swoją pracę na zasadzie zadania do spełnienia wynikającego z faktu bycia wynajętym. Zagubionej owcy w stadzie może szukać np. z lęku przed utratą zarobku lub jego znacznego obniżenia. Może w ogóle jej nie szukać, kiedy skalkuluje sobie, że zostawiając pozostałe, może narazić się na większe straty niż uzyskać zysk z szukania i ewentualnego odnalezienia zagubionej. Może to robić, dlatego, że nie musi mieć jakiejś szczególnej więzi emocjonalnej z owcami. Może patrzeć na nie po prostu przez pryzmat zwykłej ekonomii i podjąć takie kroki, które z tego punktu widzenia będą mu się bardziej opłacały.

Natomiast właściciel stada może mieć na owce nie tylko ekonomiczne spojrzenie. Znamy takie osoby, właścicieli różnych zwierząt, którzy potrafią nie tylko być wrażliwi wobec ludzi, ale także są wrażliwi i pełni miłości wobec zwierząt. Takie osoby potrafią nieraz z niesamowitą czułością opowiadać o przyzwyczajeniach, czy sposobach zachowania swoich zwierząt. I co ważne, w kontekście naszego rozważania i zrozumienia postępowania Boga względem nas, kiedy dzieje im się jakakolwiek krzywda, cierpią wraz z nimi, czując niejako to, co one mogą czuć i przeżywać. Mają więc ze swoimi zwierzętami wieź emocjonalną. Wydaje się, że takiego właściciela stada ma na myśli Jezus.

Dla takiego właściciela owce to nie są tylko jakieś tam owce, ale to są jego owce, które zna i które otacza płynącą z serca życzliwością i troską. On ma z nimi silną więź emocjonalną. Być może taki właśnie właściciel zna każdą z owiec odnośnie do jej specyficznego zachowania, być może każdej nadał imię i o każdą troszczy się z czułością oraz wrażliwością. Kiedy więc jedna z nich gubi się, bardzo emocjonalnie przeżywa jej nieobecność. Gdyby nie miał takiej więzi z nimi, to nie szukałby tej jednej zagubionej, bo z punktu widzenia ekonomicznego może się to nie opłacać. Ale z punktu widzenia więzi emocjonalnej sprawa może wyglądać całkiem inaczej.

Każdy z nas zna bowiem to uczucie, kiedy brakuje nam kogoś bliskiego emocjonalnie podczas świąt, czy różnych osobistych uroczystości lub kiedy komuś rzeczywiście bliskiemu emocjonalnie dzieje się jakakolwiek krzywda. Jeśli nie możemy być przy nim fizycznie, to sami dobrze wiemy, jak często o nim myślimy, jak wyobrażamy sobie jego cierpienie, jak serce nam się wtedy wyrywa, by przy kimś takim być, by otoczyć go współczuciem, czułością życzliwością, miłością.

Przypomina mi się w tym miejscu historia opowiedziana przez Anthony’ego de Mello o żołnierzach podczas wojny. Podczas odpoczynku w okopach do kapitana podchodzi szeregowy i prosi o pozwolenie pójścia po przyjaciela, który pozostał na polu walki. Kapitan się nie zgadza twierdząc, że tamten pewnie nie żyje, a kiedy on jeszcze pójdzie, to straci kolejnego żołnierza. Szeregowy odszedł od kapitana. Ale po jakimś czasie kapitan widzi, że po polu bitwy czołga się szeregowy z leżącym na jego plecach przyjacielem. Po chwili zsuwają się obaj do okopu. Kapitan podbiegł do nich i zobaczył, że przyjaciel szeregowego nie żyje, a on sam został śmiertelnie ranny. Zezłoszczony zaczął krzyczeć do szeregowego; „I co opłacało się? Teraz mam dwa trupy”. Szeregowy umierając, uśmiechnął się do kapitana i powiedział: „Opłacało się panie kapitanie. Kiedy przyszedłem do niego, jeszcze żył i powiedział do mnie: wiedziałem, że przyjdziesz”.

Kiedyś podczas pobytu w Alpach, wraz z grupą, z którą wędrowałem, spotkaliśmy zagubioną owcę. Nie zapomnę jej pobekiwania pełnego żalu i strachu, niepewności i przerażenia. Po pewnym czasie usłyszeliśmy z oddali drugie pobekiwanie innej owcy. Zobaczyliśmy jak nagle ta zagubiona owca ożywiła się i zaczęła pospiesznie kierować się w stronę tamtej. Nie zapomnę też momentu ich spotkania, kiedy się w końcu odnalazły i jak się zaczęły wtedy wzajemnie do siebie przytulać. Ile w tym było czułości i zwykłego piękna! (oryginalne zdjęcie owiec z tej historii będzie mottem nagrania tej medytacji na youtube).

Myślę, że wrażliwy właściciel stada owiec, kiedy zagubi mu się jedna z nich, w swojej wyobraźni widzi i odczuwa w sercu jej strach oraz przerażenie. Czuje jej emocje. To właśnie jego empatia w stosunku do takiej zagubionej owcy, do tego, co ona w takiej sytuacji czuje i przeżywa, popycha go do tego, by iść i jej szukać, by przestała cierpieć i uspokoiła się z odnalezienia swojego właściciela i dobrze znanego stada. Po ludzku moglibyśmy powiedzieć – z odnalezienia na powrót swojego domu.

Jezus opowiada to zdarzenie, by pomóc nam odkryć osobę Ojca i jego sposób postępowania względem nas, zwłaszcza w sytuacji, kiedy pogubimy się w relacji do Niego poprzez własne grzechy. Ten sposób zachowania Ojca względem człowieka jest podobny do zachowania wrażliwego właściciela stada owiec względem zwłaszcza tej z nich, która się zagubi. Jezus chce nam dziś powiedzieć, że tak jak ów wrażliwy właściciel stada czując cierpienie zagubionej owcy szuka jej z miłością, tak Ojciec widząc cierpienie zagubionych szuka ich z miłością. Ludziom z wewnętrznym krytykiem w sobie trudno jest takie postępowanie zrozumieć. W ich wyobraźni, ktoś, kto nie spełni Bożych oczekiwań i zaczyna iść krętymi drogami swojego życia, zasługuje na odrzucenie i karę. Jezus tymczasem pokazuje, że Ojciec wcale nie odrzuca tych, którzy zagubili się w relacji do Niego po drogach swojego życia. On ich szuka, nawet jeśli oni nie szukają Jego.

Moglibyśmy powiedzieć, że od początku naszego zaistnienia pomiędzy Bogiem a nami powstaje więź duchowa, której siły nie potrafimy wymierzyć nawet naszym doświadczeniem najbardziej udanych więzi z rzeczywiście bliskimi nam emocjonalnie osobami. To właśnie ta więź duchowa ze strony Boga powoduje, że kiedy się zagubimy w relacji do Niego, On się nie obraża i nas nie odrzuca, ale jak pokazuje to Jezus w dzisiejszym fragmencie ewangelii, podejmuje trud szukania. Czyni to, bo wie o naszym cierpieniu, o tym, że to zagubienie pozbywa nas radości autentycznego życia, napełnia nas lękiem, popycha do szukania takich dróg rzekomego bezpieczeństwa, które zamiast nas wyzwolić, coraz bardziej nas pogrążają i tym bardziej pogłębiają nasze zagubienie.

Czytając dzisiejsze słowo Boże i medytując nad jego sensem poprośmy Boga o to, by pozwolił nam doświadczyć głębi tej Jego duchowej więzi z nami. Naszą słabością jest to, że często nie mamy świadomości i nie potrafimy doświadczyć jej siły. Prośmy zatem Boga o to, by pomógł nam doświadczyć prawdy o Jego sile więzi z nami. Jest ona w sposób szczególny zapisana w obrazie umierającego Jezusa na krzyżu. To do tej sytuacji Jezus sam daje komentarz, kiedy mówi: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 16-17). Wyrazem siły tej więzi ze strony Ojca jest to, że dla jej podtrzymania gotowy jest oddać to, co ma najcenniejsze – swojego Syna.

Prośmy więc, by Ojciec udzielił nam łaski zrozumienia i doświadczenia, jaki On naprawdę jest w stosunku do nas. Prośmy Go, byśmy zrozumieli i doświadczyli prawdy faktu, o którym tak dobitnie z wiarą mówi Modlitwa eucharystyczna o tajemnicy pojednania: „Ty nieustannie wzywasz grzeszników do odnowy w Twoim Duchu i najpełniej objawiasz swoją wszechmoc w łasce przebaczenia. Wiele razy ludzie łamali Twoje przymierze, a Ty zamiast ich opuścić, zawarłeś z nimi nowe przymierze przez Jezusa, Twojego Syna i naszego Odkupiciela: przymierze tak mocne, że nic nie może go złamać”. Prośmy Ojca zwłaszcza o tę łaskę, byśmy w życiu codziennym pamiętali, że ma On z nami tak silną więź, że NIC nie jest w stanie z naszej strony jej złamać i zerwać.