Przypowieść bogaczu i o Łazarzu

Ewangelia według św. Łukasza (16, 19-31):

Jezus powiedział do faryzeuszów: „Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie. U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza. A także psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy cierpiąc męki w Otchłani, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i przyślij Łazarza, aby koniec swego palca umoczył w wodzie i ochłodził mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz w podobny sposób – niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A ponadto między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd nie przedostają się do nas. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają! Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby ktoś z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”.

Medytacja biblijna:

Czytając dawno temu ewangelię według św. Łukasza przyszła mi wtedy myśl, kiedy czytałem zawarte tam historie o uzdrowieniu, że właściwie każda historia w tej ewangelii opisuje chorobę człowieka i podaje przyczyny jej powstania jako jednocześnie wskazówkę do uzdrowienia z niej. W ewangelii według św. Łukasza chorobami nie są tylko dolegliwości fizyczne, ale także emocjonalne i duchowe. Zwłaszcza spotkania Jezusa w różnych domach, które opisuje tak często św. Łukasz, są dla mnie opowieściami o duchowych i emocjonalnych uzdrowieniach ludzi w nich mieszkających. Odnośnie do dzisiejszego fragmentu ewangelii moglibyśmy więc powiedzieć, że też jest opisem choroby i przyczyn jej powstania u niektórych ludzi. Jezus tę przypowieść opowiada do faryzeuszy. Zatem wskazuje w niej, co jest ich chorobą duchową i jaka jest przyczyna jej powstania w ich sercu.

Jezus kreśli najpierw  w tej przypowieści obraz bogacza. Mówi o jego wyglądzie fizycznym, zwłaszcza o ubraniach, jakie nosi. Faryzeusze słuchając tego opisu bez większego trudu mogli odkryć, że ów bogacz z przypowieści to obraz ich samych. Niektórzy z nich byli bardzo podobni w ubiorze do tego bogacza albo przynajmniej dbali, by nosić bogato wyglądające szaty. Spróbujmy się już zatrzymać w tym miejscu i postawić sobie pytania – co ktoś mógłby wywnioskować na temat mojego życia, gdyby przyglądnął się mojej zewnętrznej stronie, zwłaszcza moim codziennym zachowaniom, spontanicznie ukazywanym reakcjom, nie temu, co mówię, ale zwłaszcza temu co robię i czynię? Arystoteles mówił, że je­steśmy tym, co w swo­im życiu po­wta­rza­my. Warto zatem siebie spytać, co moje nawykowe zachowania mówią o moim wnętrzu, co mówią na temat tego, jakim jestem człowiekiem, jakie mam serce i jakiego mam ducha w sobie? Spróbujmy przyjrzeć się sobie bez wewnętrznego potępiania siebie, ale w celu odkrycia prawdy o nas, która może pobudzić nasze serca do skruchy i autentycznej przemiany. Prośmy Jezusa o otwarcie się na tę prawdę, byśmy nie zakłamywali siebie, tak jak to czynili faryzeusze.

Jezus pokazuje dalej w tej przypowieści, że celem życia bogacza było prowadzenie dostatniego, wystawnego,  przyjemnego, towarzyskiego i zabawowego trybu życia. Znów się zatrzymajmy przy tym obrazie. Warto przysłuchując się temu opisowi zastanowić się nad własnym sensem i celem życia. Większość ludzi mogłoby odkryć w stylu prowadzonym przez bogacza, własny sens i cel swojego życia. Mogłoby po prostu spytać, czy nie o to właśnie chodzi w życiu, by być bogatym, mieć wszystkiego pod dostatkiem i spędzać je na realizowaniu przyjemności, jakich się tylko pragnie? W przypadku faryzeuszów sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, bo dla nich właśnie dostatnie i bogate życie było znakiem Bożego błogosławieństwa. My nieraz podobnie myślimy. Uważamy, że wyrazem Bożego błogosławieństwa jest prowadzenie życia bez problemów, w dostatku materialnym i dobrym samopoczuciu fizyczno-emocjonalnym. Takie życie staje się często przedmiotem naszej modlitwy i zaangażowania religijnego. Dzisiejsza ewangelia mocno nas jednak przestrzega przed takim rozumieniem sensu i celu życia. Warto w jej kontekście się spytać, o prowadzenie jakiego stylu życia chodzi Bogu i jaki styl życia rzeczywiście cieszy się Jego błogosławieństwem?  Poprośmy Jezusa, by przez dzisiejsze słowo Boże pomógł nam znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Idźmy zatem dalej tokiem dzisiejszej przypowieści Jezusa. Po zarysowaniu obrazu bogacza, Chrystus kreśli postać żebraka Łazarza. By podkreślić jego trudną sytuację, Jezus mówi, że cały był pokryty wrzodami, które lizały psy. Zatrzymajmy się i tym razem w tym miejscu tej ewangelicznej historii. Spróbujmy pomyśleć o dwóch sytuacjach życiowych, których obrazem może być Łazarz.

Pierwsza sytuacja, to obecność ludzi biednych, ubogich w środowisku, w którym żyjemy. Spytajmy siebie, czy potrafimy im pomagać, dzielić się z nimi naszymi dobrami materialnymi? Od początku swojego istnienia chrześcijanie stawiali sobie także za cel swojego życia m.in. dzielenie się dobrami z tymi, którzy byli ich pozbawieni. Dziś pomagać w tym względzie można na wiele sposobów. Istnieje np. wiele akcji internetowych, w których można niewielkimi nawet wpłatami pomagać potrzebującym ludziom. Słowo Boże dziś nas wzywa, byśmy nie zaniedbywali tego wymiaru chrześcijańskiego życia. Jest on ważny zarówno dla nas, jak i dla ludzi, którym niesiemy pomoc. Dla nas, bo uczy nas dzielenia się z innymi, pobudza naszą wrażliwość, przypomina, że dobra, które otrzymujemy są darem Bożej łaski oraz że to właśnie Bóg jest fundamentem naszego bezpieczeństwa i dalszego biegu życia. Dla tych, którym niesiemy pomoc oczywiście najważniejsze jest to, że mogą oni zaspokoić jakąś ważną dla siebie potrzebę dzięki naszej pomocy, ale często dzieje się też tak, że takim spotykanym gestem dobroci odzyskują oni wiarę w drugiego człowieka, w jego dobroć i to, że nigdy jednak nie zostaną sami na tym świecie. Dla wielu może to być także droga do spotkania z Bogiem.

O drugiej sytuacji, chciałbym powiedzieć przez pryzmat Księgi Apokalipsy św. Jana (3, 17-18). Jezus mówi w tym fragmencie do Kościoła w Laodycei: „Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział”. Jezus wskazuje, że członkowie Kościoła w Laodycei chwalą się swoim dostatkiem materialnym. Posiadają tak wiele dóbr i bogactwa, że nic im nie potrzeba. Są po prostu samowystarczalni i z tego względu czują się bezpieczni do tego stopnia, iż właściwie nie potrzebują Boga. To właśnie to ich uzależnienie od bogactwa sprawiło postawę letniości wiary w ich życiu, za którą mocno krytykuje ich Jezus: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (3, 15-16). To właśnie z powodu opierania swojej siły na bogactwie materialnym, a nie na Bogu, zostają oni ocenieni jako duchowi nędznicy. Jezus wzywa więc ich do nawrócenia, pokazując im przede wszystkim, że są ludźmi, którzy siebie okłamują i oszukują. Potrzebują na nowo odnalezienia wiary jako prawdziwego skarbu i najbardziej trwałego fundamentu swojego życia.

Popatrzmy teraz na siebie. Czy my w czymś się nie okłamujemy, czy my nie budujemy życia na jakichś pozorach, zakłamując siebie, że wszystko jest w porządku, bo życie układa się zgodnie z naszymi planami oraz wizjami? Czy nie gramy zewnętrznie ludzi pewnych siebie i takich, którymś się wszystko udaje, ale tak naprawdę od środka czujemy się zagubieni, niepewni i osamotnieni? Słowo Boże wzywa nas, byśmy się sobie przyjrzeli, by być może odkryć, że to w gruncie rzeczy my jesteśmy Łazarzami, czyli ludźmi biednymi i tak naprawdę potrzebującymi pomocy. Wrzody na ciele ewangelicznego Łazarza z przypowieści mogą być naszymi ranami, które chowamy głęboko przed innymi, udając innych ludzi niż wewnątrz naprawdę się czujemy. To może do nas Jezus dziś szczególnie mówi, tak jak kiedyś na kartach Apokalipsy mówił do członków Kościoła w Laodycei: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” ( 3,20).

Wracając do dzisiejszej przypowieści w dalszej jej części, po przedstawieniu postaci bogacza i żebraka Łazarza, dowiadujemy się, że bogacz wcale nie przejmował się losem Łazarza. Choć mógł go nawet nakarmić odpadkami ze swojego stołu, nie czynił tego. Był nieczuły na jego los – po prostu zabrakło mu zwykłej ludzkiej wrażliwości. I to jest właśnie jedna z chorób duchowych faryzeuszy, jaką Jezus im wyrzucał – brak wrażliwości na drugiego, na jego los i trudności, jakie go spotykają. Faryzeusze nie potrafili patrzeć na drugiego człowieka przez pryzmat wrażliwości serca, ale patrzyli przez pryzmat przepisów postępowania, które sami sobie stworzyli i których skrupulatnie oraz bezwzględnie przestrzegali.

Jeszcze bardziej w takiej postawie utwierdzało ich przekonanie, że te wszystkie ich przepisy i zasady są wyrazem Bożej woli i ten, kto je wypełnia oddaje w ten sposób cześć Bogu. Dla nich uznaniem cieszył się ten, kto tak jak oni starał się realizować te podawane przez nich zasady życia. Wszyscy inni, którzy odrzucali ich nauczanie lub łamali te zasady, byli dla nich grzesznikami zasługującymi na potępienie i karę. Ponadto kto był wierny tym przepisom, uchodził według faryzeuszy, za człowieka błogosławionego przez Boga, a znakiem widomym tego błogosławieństwa miał być przede wszystkim dobrobyt materialny i dobre zdrowie. Łazarz zatem dość, że żebrak, to jeszcze do tego schorowany, mógł być przez nich oceniany jako grzesznik, skoro jest biedny i do tego właśnie chory. To, co spotkało Łazarza, w ich systemie myślenia mogło być oceniane jako słuszna kara za jego grzechy lub grzechy jego rodziców. Bo gdyby był czysty moralnie, to nie spotkałby go taki los. To właśnie myślenie faryzeuszy, ich mentalność, zabijała w nich wrażliwość na drugiego człowieka. To zdaniem Jezusa, była jedna z głównych przyczyn ich choroby. Patrzyli na ludzi przez pryzmat własnych przekonań, a nie przez pryzmat Bożego miłosierdzia.

Dzisiejsza przypowieść właśnie nas wzywa do tego, byśmy na nowo odkryli w sobie wrażliwość na drugiego człowieka. Warto zatem w świetle dzisiejszego słowa Bożego postawić sobie pytanie o własną wrażliwość na innego. Co świadczy w moim życiu, że jestem człowiekiem wrażliwym? Jakie są przejawy mojej wrażliwości w stosunku do drugiego człowieka? Jakie są oznaki braku mojej wrażliwości? Kiedy trudno okazuje mi się wrażliwość na drugiego? Jak się przejawiają braki mojej wrażliwości na drugą osobę w moim zachowaniu i w moich słowach? Jaką mentalność odkrywają w moim sercu te wszystkie oznaki braku mojej wrażliwości w stosunku do innych?

Ci z nas, którzy mają problem w tym względzie, mogliby się spytać o historię swego braku wrażliwości. Może trzeba byłoby sobie postawić pytanie, kto i co mnie poraniło, że dziś trudno mi być człowiekiem wrażliwym na drugiego? Trzeba bowiem mieć świadomość, że niektórzy z nas mogli zostać kiedyś bardzo mocno poranieni przez innych w swojej wrażliwości emocjonalnej zwłaszcza przez przedmiotowe i nie szanujące naszych uczuć traktowanie. Dziś trudno im z tego powodu być wrażliwym na innych. Znów odwołując się do postaci Łazarza z dzisiejszej przypowieści, może właśnie w tym względzie niektórzy z nas są takim Łazarzami, czyli osobami z ranami emocjonalnymi zadanymi nam przez brak wrażliwości ze strony innych ludzi – rodziców, rodzeństwo, wychowawców, czy niestety nieraz szeroko rozumianych ludzi Kościoła. Niektórzy z nas stają się nieraz emocjonalnymi żebrakami dopominającymi się choć o resztki współczucia, zrozumienia, dowartościowania, czy akceptacji. Może więc niejeden z nas musi zbliżyć się do Jezusa, by On dotknął tych ran i przemienił je swoją łaską, wlewając w nie dar ukojenia, zaufania, otwartości i przebaczenia, a przede wszystkim poczucia bycia bezwarunkowo przyjętym i zaakceptowanym.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół. W przypowieści tej bogacz nie jest wymieniony z imienia, ale żebrak tak. To ważna wskazówka, bo uświadamia nam ona prawdę, że człowiek potrzebujący miłosierdzia nigdy nie jest anonimowy dla Boga. Ten pokrzywdzony nieraz myśli, że jest opuszczony przez wszystkich i pozostawiony sam sobie, ale słowo Boże wyraźnie wskazuje, że tak nie jest. Bóg nigdy nie zapomina o takich ludziach. Tym bardziej właśnie taki potrzebujący miłosierdzia człowiek ma prawo zwrócić się do Boga i szukać u niego pomocy. To do takiego człowieka Bóg mówi tak jak kiedyś powiedział do Mojżesza: „Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu…” (Wj 3, 7-8). Uświadommy sobie, że jeśli jesteśmy ludźmi podobnymi do Łazarza, jeśli czujemy się poranieni zwłaszcza przez niewrażliwość innych, to tym bardziej powinniśmy się zbliżać do Boga, bo On widzi nasze cierpienie i chce nam w nim ulżyć.

Trzeba sobie wyraźnie uświadomić, że chorobą faryzeuszy nie jest samo bogactwo, ale właśnie ów brak ich wrażliwości na los drugiego człowieka. Jezus wyraźnie to pokazuje w przypowieści przez wprowadzenie do niej postaci Abrahama. Według opisów biblijnych, Abraham był jak na ówczesne czasy człowiekiem bardzo bogatym. Przypowieść pokazuje, że po śmierci, to jednak on z Łazarzem jest z dala od miejsca męki bogacza. Dlaczego bogacz Abraham jest z żebrakiem Łazarzem, a nie z przypowieściowym bogaczem? Odpowiedź w świetle wymowy dzisiejszego słowa Bożego jest prosta – Abraham był człowiekiem wrażliwym na drugiego. Tę jego postawę widać w historii jego targu z Bogiem o Sodomę i Gomorę (por. Rdz 18, 16-33). W historii tej czytamy, że kiedy Abraham dowiedział się od Boga o Jego zamiarze zniszczenia Sodomy i Gomory, zapytał Go: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? (…) O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”. Później jesteśmy świadkami właśnie targowania się Abrahama z Bogiem, o liczbę sprawiedliwych, dzięki którym miasta te ocaleją – od pięćdziesięciu do dziesięciu osób. Przypowieść zatem wyraźnie sugeruje, to nie samo bogactwo jest problemem w życiu człowieka, ale to, że człowiek pod jego wpływem przestaje być wrażliwym na los innych osób. Stąd ta przypowieść jest umieszczona w kontekście fragmentu ewangelii z poprzedniej niedzieli, w której Jezus wzywał, by posiadanymi środkami materialnymi dzielić się z innymi i w ten sposób zdobywać ich dla królestwa Bożego.

Ciekawą rzeczą w tej przypowieści jest to, że owemu bogaczowi jakby wróciła wrażliwość na los innych, kiedy doświadczył osobiście cierpienia po śmierci. Ten powrót wrażliwości jest widoczny w jego prośbie skierowanej do Abrahama: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. Zauważmy może najpierw pewną prawdę, którą można dostrzec na podstawie naszego doświadczenia życiowego. Rzeczywiście wiele niewrażliwych osób staje się wrażliwymi zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczy jakiegoś cierpienia, które osobiście ich dotknie. To sytuacja bycia doświadczonym przez cierpienie skruszyła niejedną niewrażliwą osobę i otworzyła jej oczy na cierpienie drugich. Często takiemu człowiekowi, jak by powiedział to Nowy Testament, opadły jakby łuski z oczu. Nierzadko wtedy też uświadamia on sobie, jak przez wiele lat ranił innych i jak wiele musiały te osoby przez niego wycierpieć. Jak mówimy to sami, serce takiej dotąd niewrażliwej osoby na skutek  takich przeżyć mięknie, łagodnieje i przede wszystkim staje się bardziej pokorne.

Jakże wtedy taka osoba rozumie modlitwę Dawida z psalmu 51, który śmiało można uznać za modlitwę ludzi, których serce zostało skruszone poprzez doświadczenie cierpienia. Psalm ten nam podpowiada, co robić, gdy ktoś z nas zostanie skruszony w swojej niewrażliwości. Trzeba nam najpierw udać się do Boga i wołać do Niego: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości,
w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość! Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
i oczyść mnie z grzechu mojego! Uznaję bowiem moją nieprawość,
a grzech mój jest zawsze przede mną. (…) Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste
i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego! (…) Moją ofiarą, Boże, duch skruszony,
nie gardzisz, Boże, sercem pokornym i skruszonym” (51, 3-5. 12. 19).

Często taka osoba uświadamia sobie w takiej sytuacji, że choć żałuje swojej postawy, to nie jest w stanie naprawić wszystkich krzywd, jakie wyrządziła innym. Wiara nam podpowiada, że trzeba wtedy udać się pod krzyż Jezusa i uświadomić sobie, że to On poniósł wszystkie nasze grzechy na krzyż, przynosząc nam zbawienie. Krzyż pokazuje nam naszą bezsilność wobec zła, ale jednocześnie uświadamia, że tylko Bóg może to zło wyprostować. Trzeba więc w postawie prawdziwej skruchy i żalu zawierzyć się Jezusowi i poprosić Go, by swoją łaska przemienił całe zło naszego braku wrażliwości. Oczywiście komu możemy to powiedzmy przepraszam i poprośmy o wybaczenie, a także jeśli tego dana osoba potrzebuje, zadośćuczyńmy wyrządzonej jej krzywdzie. Takie osoby będą nam wdzięczne nie tylko z powodu naszego przyznania się do winy, ale także z tego powodu, że to, co czuły wtedy, kiedy je raniliśmy było jednak prawdą i nie myliły się w swoich odczuciach. Takim gestem nierzadko przywracamy im także wiarę w siebie, a nie tylko wiarę w drugiego człowieka i w działanie łaski Bożej.

Warto też jednak pamiętać, żeby siebie w tej sytuacji nie samobiczować za popełnione zło. To niczemu nie służy, jak tylko nieraz użalaniu się nad sobą. Takie samobiczowanie siebie nie może być także traktowane jako forma zadośćuczynienia za krzywdy, które wyrządziło się innym. Bóg nie chce byśmy się biczowali, ale byśmy się nawrócili, skruszyli i przemienili swoją postawę wobec innych. To dla przyjęcia przez nas tej przemienionej postawy Bóg jest w stanie wszystko nam przebaczyć i uzdrowić serca tych, których poraniliśmy.

Wróćmy w dalszym ciągu naszej medytacji do dzisiejszej przypowieści. Jezus opowiada, że Abraham na prośbę bogacza odpowiada następującymi słowami: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!”. Bogacz odpowiedział: „Nie, ojcze Abrahamie, lecz gdyby ktoś z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Na co Abraham odpowiada: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”. Chciejmy te słowa odnieść najpierw do faryzeuszów, a potem do nas samych.

Wydaje się więc, że słowa te są wyraźnym komentarzem Jezusa do postawy faryzeuszy. Wskazuje w nich, że ich postawa niewrażliwości jest tak mocno w nich zakorzeniona, że ani słowo Boże jej nie zmieni, ani nawet Jego zmartwychwstanie. To co się stało z faryzeuszami po zmartwychwstaniu Jezusa potwierdza jak bardzo prawdziwe były Jego słowa w odniesieniu do nich.

Odnosząc natomiast je do nas, otrzymujemy wyraźną wskazówkę, jak taką wrażliwość mamy budować w sobie zwłaszcza my chrześcijanie. Są one wezwaniem dla nas, byśmy nieustannie siebie oglądali w świetle słowa Bożego. Przywołałem dziś wcześniej postać Dawida i jego modlitwę z psalmu 51. Była to modlitwa po tym, jak Natan uświadomił Dawidowi jego grzech z Batszebą. Warto sobie przypomnieć tę historię w kontekście znaczenia słowa Bożego dla kształtowania w nas postawy wrażliwości na drugiego człowieka. Przypomnę ją w wielkim skrócie, a ze szczegółami można się zapoznać sięgając wprost do Biblii (2 Sm 11-12,14). Otóż, jak wiemy z Biblii, Dawid w pewnym momencie swego panowania uwiódł żonę jednego ze swoich żołnierzy. Sprawa być może nie wydałaby się, gdyby nie poczęcie się dziecka z tego związku. Dawid podjął szereg kroków, by zatuszować swój romans. Ostatecznie posunął się do tego, że zabił męża Batszeby rękami lojalnego wobec siebie dowódcy wojska. Wydawało się po ludzku, że sprawa zalazła swój finał, szczęśliwy dla Dawida. Ale jak mówi Biblia, postępek ten nie podobał się Bogu. Z tego względu posłał on do Dawida proroka Natana, który sprytną opowieścią zmusił Dawida do przyznania się do popełnionego grzechu. Zresztą opowieść Natana odwoływała się do ludzkiej wrażliwości z powodu sytuacji okazania się nieludzkiej niesprawiedliwości.

Historia z życia Dawida pokazuje, że często ludzie, którzy otaczają niewrażliwego człowieka, nie są w stanie przebić się do jego serca. Nieraz nie chcą poruszać tego tematu z zainteresowanym z lęku przed jego reakcjami, zwłaszcza uczuciami złości, gniewu i mściwości z jego strony. Tak mogło być w przypadku Dawida. Był królem i któż z jego podwładnych odważyłby się mu powiedzieć prawdę bez narażenia siebie na śmierć? Skoro potrafił podstępnie zabić męża Batszeby, czyż nie zrobiłby podobnie z każdym, kto ośmieliłby mu się wykazać jego grzech? Ludzie nieraz zawodzą w takiej sytuacji. Dawid pewnie trwałby w swojej zatwardziałości i nieczułości, otoczony lojalnością podwładnych, którzy ze strachu przed nim sami nigdy nie odważyliby się powiedzieć mu prawdy. Trwałoby to tak do samej śmierci Dawida, gdyby sam Bóg nie posłał do niego proroka Natana ze swoim słowem. Tak też nieraz się dzieje w naszym życiu. Bliscy mogą się bać powiedzieć takiemu człowiekowi  prawdę o przejawach jego niewrażliwości, lękając się jego reakcji. Dopiero nieraz gdzieś usłyszane lub przeczytane słowo Boże potrafi dotknąć i skruszyć takiego człowieka.

Dlatego ma rację autor Listu do Hebrajczyków, gdy pisze: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” (4, 12-13). Słowa te są prawdziwe do naszego serca, zwłaszcza w sytuacji jego popadnięcia w stan zakłamania i zatwardziałości. Poprośmy więc na koniec tej medytacji, słuchając tego Bożego słowa, by to sam Bóg stał się strażnikiem wrażliwości naszego serca i nie pozwolił nam jej zagubić w biegu naszego codziennego życia. Poprośmy Go o łaskę, by słowo Boże zawsze budziło w nas najgłębsze pokłady naszego serca i pobudzało nas do tego, byśmy promieniowali naszą wrażliwością w stosunku do innych i w ten sposób stawali się znakami Jego miłości wśród ludzi, z którymi na co dzień wędrujemy do domu Ojca.