O wdzięcznym Samarytaninie

Ewangelia (Łk 17, 11-19):

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” Na ten widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom!” A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?” Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.

Medytacja biblijna:

Chciałbym na początku naszej medytacji nawiązać do myśli, którą już wcześniej wyraziłem w trakcie naszych poprzednich spotkań. Wspomniałem kiedyś o swoim odkryciu związanym z ewangelią według św. Łukasza. Przyszło mi kiedyś na myśl, że w opisach uzdrowień dokonanych przez Jezusa jest podana także przyczyna chorób tych ludzi. Te przyczyny nie są często podane wprost. One są zawarte nieraz w pośredni sposób w opisie zachowania danego uzdrowionego człowieka oraz w słowach Jezusa, z jakimi zwraca się On do tegoż człowieka przed dokonaniem uzdrowienia. Wspomniałem także, że spotkania Jezusa z ludźmi w ich domach, które odwiedza On w czasie swojej wędrówki, można także potraktować jako opisy uzdrowienia emocjonalno-duchowego. W słowach Jezusa i w postępowaniu ich mieszkańców, można w sposób pośredni odnaleźć przyczyny ich chorób emocjonalno-duchowych. W taki też sposób można spojrzeć na dzisiejszą historię ewangeliczną. Nie tylko opisuje ona fakt uzdrowienia dziesięciu trędowatych, ale także podaje emocjonalno-duchowe przyczyny ich choroby, jeśli na trąd spojrzymy nie tylko przez pryzmat choroby fizycznej, ale uznamy go jako obraz choroby emocjonalno-duchowej.

Trąd był uważany w czasach Jezusa za chorobę, która wyraźnie wskazywała, że ktoś jest osobą nieczystą, nie tylko w sensie fizycznym, ale i duchowym. Z tego względu, jeśli spojrzymy na trąd jako na obraz choroby emocjonalno-duchowej człowieka, to możemy powiedzieć, że jest on obrazem nieczystego serca i ducha. Trzeba zatem sobie postawić pytanie, z jakiego powodu owi trędowaci mają nieczyste serce i ducha? Odpowiedzi natomiast trzeba poszukać w samej dzisiejszej ewangelii.

Wspomina ona, że trędowaci zatrzymali się z daleka od Jezusa. To nic dziwnego, bo tak się zachowywali wówczas trędowaci. Nie chcieli narazić na nieczystość tych, z którymi się spotykali. Każdy bowiem, kto się ich dotknął nie tylko mógł się zarazić, ale także stać się nieczystym i zostać skazanym na życie w potępieniu na marginesie społeczeństwa. Chciejmy jednak na ten opis zachowania trędowatych spojrzeć jak na obraz pewnej postawy duchowej. „Zatrzymali się z daleka” – pisze ewangelista Łukasz. Możemy w tym opisie dostrzec obraz sytuacji duchowej człowieka, prowadzącego życia z dala od Boga. Co się dzieje, kiedy człowiek prowadzi życie z dala od Boga?

Jesteśmy tak skonstruowani wewnętrznie, że nasze codzienne wybory musimy dokonywać w oparciu o jakieś kryteria. Nasze życie jest często właśnie historią poszukiwania takich standardów naszych wyborów i decyzji. Bez nich pogubilibyśmy się w życiu. Ponadto jesteśmy takimi istotami, które poszukują odpowiedzi na pytanie o sens i cel ludzkiego życia. Tego pytania nie stawiamy nieraz wprost świadomie. Robimy to niejednokrotnie podświadomie, obserwując życie innych, wydarzenia, które nas spotykają, czy też swój sposób postępowania, zwłaszcza patrząc na niego w wymiarze odczuwania szczęścia. Wtedy to pytanie o sens i cel ludzkiego życia jest jakby nieustannie obecne z tyłu głowy. Z tego względu wydaje się więc, że nie ma człowieka, który mimo wszystko nie stawiałby sobie takiego pytania. W końcu też, zwłaszcza im bliżej nam do śmierci, stawiamy sobie także pytanie o to, czy istnieje życie po śmierci. Te wszystkie pytania ostatecznie sprawiają, że człowiek musi w jakiś sposób odpowiedzieć sobie również na  pytanie o Boga – o Jego istnienie i Jego obecność w swoim życiu. Może więc odpowiedzieć tak, wybierając Boga i świat Bożych wartości, albo może powiedzieć nie, odwracając się od Boga, Jego obecności i wartości, których realizację Bóg proponuje człowiekowi.

Biblia wyraźnie pokazuje i doświadczenie życiowe niejednokrotnie to potwierdza, że kiedy człowiek odpowiada sobie negatywnie na pytanie o istnienie Boga lub pod wpływem własnego nieuporządkowania zaczyna żyć z dala od Niego, to odzywa się w nim najczęściej brak poczucia bezpieczeństwa, wyrażający się w  doświadczeniu lęku, poczucia winy i wewnętrznej pustki. Może on różnie wtedy zareagować na te doświadczane stany wewnętrzne. Jednak wszystkie te reakcje łączy jedno – wszystkie są próbą ułożenia sobie życia poza więzią z Bogiem, a nawet przeciwko Niemu. Najważniejszym celem staje się wtedy uratowanie siebie, przez znalezienie w życiu jakiegoś fundamentu bezpieczeństwa, ale związanego z jakąś rzeczywistością tego świata. Problem polega na tym, że jakikolwiek element rzeczywistości tego świata jest kruchy i niestały. My jednak cały czas się łudzimy, by nie powiedzieć oszukujemy, że tak nie jest.

Powstaje więc w nas taka emocjonalna sytuacja, w której z jednej strony doświadczamy niby poczucia bezpieczeństwa, ale z drugiej strony podświadomie boimy się, że przyjdzie jakaś sytuacja, która to bezpieczeństwo nam zabierze. Z tego względu cały czas, nieraz bardzo nerwow, czynimy zabiegi, by nie utracić w jakiś sposób tej rzeczywistości, którą uznaliśmy za fundament naszego bezpieczeństwa. To poczucie bezpieczeństwa w tak opisanym stylu życia, staje się jakby ciągle uciekającym zajączkiem, którego nie jesteśmy w stanie dogonić i złapać.

Co pogłębia w człowieku taki brak poczucia bezpieczeństwa i sprawia, że sytuacja emocjonalno-duchowa człowieka staje się jeszcze bardziej skomplikowana? W ewangelii dzisiejszej Jezus mówi: „Idźcie, pokażcie się kapłanom!”. Jaką sytuację egzystencjalną możemy zobaczyć w tym zdaniu? Jak czytamy w Księdze Kapłańskiej, człowiek, który wcześniej był uznany za trędowatego, a następnie, kiedy wyzdrowiał, zobowiązany był pokazać się kapłanowi, aby od niego uzyskać potwierdzenie wyzdrowienia i złożyć ofiarę oczyszczenia (Kpł 13-14). Kapłan dokonywał więc oceny, czy jest ktoś zdrowy, czy dalej chory.

W ten sposób otwiera się przed nami egzystencjalny temat oceniania ludzi. Wielu z nas może nie czuć się bezpiecznie emocjonalnie z powodu tego, że od wczesnych lat swojego życia doświadczyło nadmiernie krytycznej oceny swojej osoby z ust najpierw rodziców, a następnie być może także ze strony rodzeństwa i dalszej rodziny oraz także rówieśników, nauczycieli i innych wychowawców. Przez takie oceny mogliśmy się czuć nadmiernie zawstydzeni i upokorzeni. Jeśli ten proces był długi lub przeżyliśmy jakieś traumatyczne wydarzenie w tym względzie, wyuczyliśmy się, że relacje z innymi mogą nam nieść możliwość zawstydzenia i odrzucenia. Skutkiem takich doświadczeń jest istniejący w nas lęk przed innymi i brak poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego.

Innym skutkiem jest powstanie w wielu osobach tego typu kruchej samooceny. Motywuje je to do nadmiernego skupienia się na sobie, by jej bronić, ale jednocześnie, by znaleźć jakieś dowartościowanie i uznanie. Stąd zaczynają przywiązywać tak wielką wartość do opinii, uznania i akceptacji przez innych. Dla wielu takich ludzi opinia innych staje się więc po prostu bożkiem. Jeśli doświadczą pozytywnej opinii na swój temat, potrafi ona ich wynieść w siódme niebo, ale jeśli spotkają się z krytyką szybko spadają do emocjonalnego piekła.

Jezus komentując powrót uzdrowionego Samarytanina mówi: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?”. W słowach tych można odnaleźć kolejną przyczynę ich nieczystego serca i ducha.

Jezus wypowiedział je po uzdrowieniu. Moglibyśmy je zinterpretować w ten sposób, że uzdrowienie Samarytanina polega na tym, że przestał on liczyć się z opinią innych, a tym samym przestał szukać chwały u ludzi, a uświadomił sobie, że najważniejsze w życiu człowieka jest to, co na jego temat myśli sam Bóg. Ważna stała się dla niego chwała Boga i od Boga, a nie jego chwała i chwała od ludzi.

Karen Horney, niemiecka psychiatra, pisała, że człowiek doświadczający braku poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego w relacjach międzyludzkich może zareagować na ten stan w trojaki sposób. Może nadmiernie lgnąć do ludzi, może być przeciwko ludziom lub uciekać od ludzi.

Jeśli nadmiernie lgnie do ludzi, to poczucia bezpieczeństwa szuka w relacjach międzyludzkich, a zwłaszcza w zdobyciu i posiadaniu silnego emocjonalnie związku z inną osobą. Dla takiej osoby najważniejszym celem życia staje się zdobycie ludzkiej miłości i akceptacji. Z tego względu jej wartościami staje się uległość, podporządkowanie, zależność, czy też poświęcenie. Wszystko po to, by zdobyć czyjąś miłość i akceptację. Dla ich zdobycia jest ona zdolna do niesamowitego poświęcenia i rezygnacji z siebie oraz ze swojej woli. Marzy o miłości, w której doświadczy zapamiętania się, utonięcia w uczuciach mniej lub bardziej ekstatycznych, zespolenia z drugą istotą, stania się z nią jednym sercem i jednym ciałem, a także znalezienia uczucia całkowitej jedności. Taka osoba najbardziej boi się samotności i bycia odrzuconą. Możemy powiedzieć od strony duchowej, że jej bożkiem staje się jej relacja z drugim i dla jej zdobycia oraz utrzymania jest w stanie zrobić dosłownie wszystko.

Jeśli natomiast ktoś doświadczając poczucia braku bezpieczeństwa emocjonalnego, zwraca się przeciwko ludziom, to poczucia pewności szuka we władzy, zdominowaniu innych i panowaniu nad nimi, w nieustannym rywalizowaniu po to, by udowodnić swoją siłę, wielkość i wyższość. Dla takiej osoby najważniejszymi wartościami staje się władza oraz jej atrybuty, jak dobra materialne oraz wpływy i układy społeczne, a także sukces i bycie najlepszym. By osiągnąć takie szczyty szeroko rozumianej kariery, potrafi działać nieraz bezwzględnie, nie licząc się często z żadnymi wartościami, a także bez żadnych skrupułów manipulować innymi oraz traktować ich tylko i wyłącznie w kategoriach jakiegoś pożytku dla siebie oraz swoich potrzeb. Taka osoba najbardziej boi się bycia słabą, zależną, czy nic nie znaczącą i nic nie posiadającą.

Jeśli natomiast ktoś odwraca się od ludzi, to poczucia bezpieczeństwa szuka w byciu niezależnym, w izolacji, samotności, niedostępności emocjonalnej, w samowystarczalności, w życiu z dala od innych, jeśli nie da się fizyczne, to przynajmniej emocjonalnie. Dla takiej osoby najważniejszymi wartościami staje się wolność, w tym zwłaszcza wolność od odpowiedzialności, spokój, możliwość robienia tego, co chce, niezależność, czy poczucie braku jakiegokolwiek skrępowania i przymusu. Taka osoba najbardziej boi się bycia z kimś w relacji, ponoszenia odpowiedzialności, czy też jakichkolwiek form zależności – materialnej, emocjonalnej, czy duchowej. Żyje po prostu dla siebie samej, a kontakty z innymi są ograniczone tylko i wyłącznie dla zdobycia środków zapewniającym im życie lub realizację jakichś ich potrzeb emocjonalnych. Kiedy uzyska to, co chce natychmiast wycofuje się z relacji, by dalej żyć w samotności i wolności. Relacje z innymi są zrywane przez taką osobę także w takiej sytuacji, jak tylko poczuje ona, że jej wolność jest ograniczana lub w jakikolwiek sposób krępowana, albo jest do czegoś przymuszana lub nadmiernie obarczana jakąś odpowiedzialnością.

Jak można w świetle tych stylów życia zrozumieć, co to znaczy mieć nieczyste serce i ducha,  a tym samym znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego życie z dala od Boga może rodzić w nas takie nieczyste serce i ducha? Po prostu życie z dala od Boga mocno nas skupia na sobie i na poszukiwaniu naszego osobistego poczucia bezpieczeństwa często kosztem innych i tych wartości, które decydują o jakości naszego człowieczeństwa. Takie życie może nas prowadzić do bycia egocentrycznym i troszczącym się jedynie o zachowanie swojego życia. Może sprawić, że innych będziemy traktować w sposób przedmiotowy i zgodny jedynie z naszymi interesami oraz potrzebami, bez szanowania ich uczuć i godności. Dziś coraz bardziej sobie uświadamiamy, że najgłębszym zranieniem, jakie można zadać drugiemu człowiekowi jest jego przedmiotowe traktowanie – nie jako człowieka, ale jako właśnie przedmiot, który ma służyć jedynie zaspokojeniu naszych potrzeb.

Postawmy sobie w tym miejscu pytanie, jaki jest nasz styl życia? Postawmy sobie pytanie, czy mamy poczucie życia blisko Boga, czy też z dala od Niego, zwłaszcza sercem? Być może fizycznie jesteśmy nieraz blisko Boga, chodząc do kościoła, uczestnicząc w Eucharystii i innych nabożeństwach, ale czy jesteśmy na pewno blisko Niego naszym sercem? Czy czujemy się bezpiecznie emocjonalnie w relacji z Bogiem? Bo jeśli nie czujemy się bezpiecznie w relacji z Nim, to będziemy prowadzić taki styl życia, w którym będziemy szukać oparcia poza Nim, z dala od Niego. Tym samym możemy prowadzić w mniejszej lub większej części taki styl życia, w którym będziemy walczyć jedynie o siebie, a innych wbrew nieraz głoszonym przez nas intencjom, możemy traktować jednak w sposób przedmiotowy. Odpowiedzmy sobie szczerze przed Bogiem na te tak postawione pytania, ufając, że On nas nie potępia, ale przyjmuje jak prawdziwie kochający Ojciec, bądź Przyjaciel. Ufając Bogu, że chce nam przyjść z pomocą, poprośmy Go, by pomógł nam przezwyciężyć wszystko to, co nas tak mocno skupia na sobie i co niejednokrotnie powoduje, że ranimy innych.

Szukając dalej przyczyny nieczystego serca i ducha warto skupić się na następującym zdaniu z ewangelii: „Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu”. Jak mówi zatem ten fragment ewangelii, Samarytanin wrócił po uzdrowieniu i dziękował Jezusowi. To się stało po uzdrowieniu, czyli przed nim nie był człowiekiem wdzięczności. Można zatem powiedzieć, że jedną z przyczyn nieczystego serca i ducha jest postawa niewdzięczności. Jakie zachowania mogą być jej przejawem?

Zacznijmy od postawy narzekania. Badania przeprowadzone w Polsce w tym temacie wykazały, że 95% Polaków jest przekonanych, iż narzekanie jest zachowaniem rozpowszechnionym w naszej ojczyźnie. Tematy typowe do narzekania to: rząd, politycy, służba zdrowia, zarobki, ceny, przełożeni w pracy, czy własny nastrój. Mówi się nawet, że wśród nas może istnieć norma negatywności nakazująca, by o tych wymienionych tematach wyrażać się zawsze w sposób negatywny. Powszechność narzekania wskazywałaby jednak, że dla większości z nas jest to mimo wszystko czynność atrakcyjna. Skąd płynie atrakcyjność narzekania?

Może ona wypływać z faktu, że często spełnia ono funkcję oczyszczającą, bowiem pozwala nam nieraz na odczucie ulgi i pozbycie się nieprzyjemnych stanów emocjonalnych. Badania wskazują, że stan „oczyszczenia” osiąga się przez nagłaśnianie negatywnych myśli, uzewnętrznianie ich, zamiast „duszenia w sobie”. Jednak narzekanie spełnia taką funkcję  jedynie u tych, którzy narzekają sobie od czasu do czasu. Natomiast u chronicznie narzekających, którzy często są negatywnie odbierani przez środowisko,  czynność narzekania wcale nie poprawia nastroju, a nieraz wręcz często go pogarsza. Skutkuje to postawą jeszcze większego ich narzekania.

Narzekanie może też być sposobem budowania swojego pozytywnego wizerunku w oczach innych. Niektórzy zatem narzekają w sytuacji, kiedy dążą do zachowania twarzy, zwłaszcza po doznanej porażce. Narzekanie jest wtedy sposobem usprawiedliwiania swoich porażek. Utyskując więc na coś lub na kogoś próbujemy w ten sposób wskazać innym przeszkody, które uniemożliwiły nam osiągnięcie sukcesu i tym samym obarczyć je odpowiedzialnością za naszą porażkę. Narzekanie na innych może też być dawaniem sygnału, że my tacy nie jesteśmy. Szemrając zatem na kogoś, że jest mało inteligentny, pracowity, sugerujemy jednocześnie, że ten ktoś jest mniej inteligentny i pracowity od nas.

Narzekanie może też  być sposobem budowania z kimś relacji. Dla niektórych może to być sposób na inicjowanie oraz podtrzymywanie więzi społecznych, zwłaszcza z innymi narzekającymi. Może być ono także sposobem na uzyskiwanie społecznego wsparcia. Dzięki bowiem narzekaniu niektórzy mają poczucie zrozumienia ze strony innych, odczytując ich postawę słuchania narzekań jako dowód słuszności swoich sądów. Jeszcze inni, zwłaszcza w sytuacji wspólnego narzekania, mogą w ten sposób zaspokajać swoją potrzebę bliższego kontaktu. Wspólnie bowiem narzekając z innymi mogą mieć poczucie, że jesteśmy bliskimi sobie towarzyszami w niedoli i trudach życia.

Niektórzy z nas narzekają na pewne sytuacje zanim one jeszcze zaistnieją w naszym życiu. Istnieje prawidłowość, że zdarzenia nieoczekiwane wzbudzają w nas silniejsze emocje niż zdarzenia oczekiwane. Odnosząc tę prawidłowość do sytuacji narzekania moglibyśmy zatem stwierdzić, że np. utyskiwanie na negatywny wynik egzaminu zanim w ogóle do niego podejdziemy sprawia, że jeśli rzeczywiście poniesiemy porażkę, to nie będzie ona dla nas tak dotkliwa z tego powodu, że była po prostu oczekiwana. Jeśli jednak uda się nam go pozytywnie zdać, to będzie to dla nas podwójna radość, bo się tego zwyczajnie nie spodziewaliśmy. Oczekiwanie sukcesu zatem sprawiłoby, że wynikające z niego pozytywne emocje byłyby słabsze, natomiast nieoczekiwana porażka wywołałaby w nas silne poczucie zawodu. By uniknąć takiej sytuacji wielu z nas podświadomie woli stosować narzekanie jako strategię, zapewniającą nam większą radość w sytuacji sukcesu i mniejszy smutek w sytuacji porażki.

Innym przejawem niewdzięczności w naszym życiu może być postawa użalania się nad sobą. U jej podstaw leży nasz sposób myślenia na temat siebie i oczekiwania, jak powinien w stosunku do nas działać Bóg, jak powinno się układać życie i jak powinni nas traktować inni. Jak wskazuje się, typowymi myślami, które prowadzą do użalania się nad sobą są takie przekonania, jak: „dobre rzeczy przydarzają się tylko innym”, „zawsze spadają na mnie same złe rzeczy”, „moje życie to równia pochyła”, czy „nikt inny nie musi się zmagać z takimi kłopotami jak ja”. Często wydaje się nam, że innym żyje się łatwiej i lepiej. Nieraz myślimy, że tak naprawdę to świat uwziął się na nas i to tylko my mamy szczególnego pecha. Niekiedy jesteśmy głęboko przekonani, że nikt w pełni nie rozumie, jak nam czasami jest ciężko i nieustannie pod górkę.

Użalanie się nad sobą może być także efektem niepotwierdzania przez życie naszego mniemania na temat siebie. Możemy bowiem uważać, że jesteśmy ludźmi tak wyjątkowymi, wspaniałymi i dobrymi, iż zasługujemy na lepsze traktowanie przez życie i na otrzymywanie od niego więcej niż inni. Na bazie takiego patrzenia na siebie możemy być przekonani, że  sukces w życiu powinien nas spotkać bez wkładania w to większego wysiłku. Wszystko powinno nam bowiem przychodzić łatwo i szybko, bez nadmiernego czekania na efekty naszego działania. Uważamy ponadto, że powinniśmy być także zwolnieni z ponoszenia odpowiedzialności zwłaszcza za negatywne skutki naszych działań i wyborów. Wierzymy bowiem, że jesteśmy wyjątkiem od reguły, a w związku z tym nie powinniśmy przechodzić przez to samo co inni. Kiedy więc życie nie potwierdza tych naszych przekonań na temat siebie, łatwo się w nas może pojawić postawa rozgoryczenia i użalania się nad sobą. Jej głównym rdzeniem staje się wówczas poczucie krzywdy, że życie i świat nie doceniają nas, nie poznając się na nas i naszych zdolnościach.

Użalanie się nad sobą może wypływać także z frustracji motywacji, której głównym celem życiowym staje się zadawalanie innych. Osoby z taką motywacją wkładają wiele wysiłku, by unikać konfliktów z innymi, zwłaszcza przez chowanie własnych przekonań i uczuć, zwłaszcza tych, które powstają w nich, kiedy inni ich ranią i wykorzystują. Często zgadzają się także na robienie czegoś, na co nie tylko, że nie mają ochoty, ale co jest zwykłem zabieraniem ich czasu i energii wbrew ich podstawowym interesom i wartościom. Gdy ich dążenie nie przynosi poprawy nastroju innych, ich sytuacji życiowej, a tym samym nie przyczynia się do ich większego zadowolenia, czują się sfrustrowane i zaczynają się użalać się nad sobą. Skarżą się wtedy, że inni nie potrafią dostrzec ich wysiłków, a zwłaszcza docenić ich dobrej woli i intencji, ich starań, zabiegów i poświęcenia.

Użalanie się nad sobą może również wypływać z zawiedzionego oczekiwania na sprawiedliwość za poniesione przez nas jakieś wcześniejsze cierpienia. Osoby, które doświadczyły cierpienia ze strony innych czasami oczekują, że życie powinno im to w jakiś sposób zrekompensować, zwłaszcza dając im tylko dobre rzeczy lub pomagając w unikaniu trudnych sytuacji oraz problemów. Kiedy tak się nie dzieje, odczuwają frustrację i rozczarowanie, użalają się nad sobą, mówiąc często o niesprawiedliwości i podłości życia.

Jak wskazuje się, użalanie się prowadzi do zwykłej straty czasu i pochłaniania mnóstwo energii psychicznej, ale w żaden sposób nie poprawia sytuacji, ani nie przybliża nas do rozwiązania trudności. Prowadzi najczęściej do eskalacji negatywnych uczuć, bowiem za nim przychodzą złość, uraza, samotność i inne nieprzyjemne doznania, które staną się pożywką dla kolejnych negatywnych myśli. Rozczulanie się nad sobą może opóźnić proces zdrowienia i zahamować rozwój, ponieważ skupia naszą uwagę na tym, jak powinno być inaczej, a nie na tym, jak jest. Nie pozwala więc zaakceptować nam sytuacji, w jakiej się znajdujemy i tym samym odnaleźć realne sposoby poradzenia sobie z nią.

Litowanie się nad sobą może się stać samospełniającą się przepowiednią. Sprawia ono bowiem, że ulegając mu, postrzegamy nasze życie jako żałosne i nieudane. Tracimy z tego powodu motywację do działania. W rezultacie takiego postrzegania swojego życia możemy sprowadzić na siebie jeszcze większe problemy przez prowokowanie porażek, które staną się powodem do jeszcze większego użalania się nad sobą.

Rozczulanie się nad sobą sprawia, że nie zwracamy uwagi na pojawiające się w naszym życiu dobre rzeczy. W tym kontekście wskazuje się, że jeśli w danym dniu zdarzy nam się pięć dobrych rzeczy i jedna zła, użalanie się nad sobą sprawi, że skupimy się na tej jednej negatywnej. Gdy się pogrążamy w litowaniu nad sobą, często wtedy przelatują nam koło nosa pozytywne aspekty życia. Zamiast się cieszyć z tego, co mamy i co robimy, będziemy się skupiać na tym, czego nie mamy i czego robić nie możemy.

Warto pamiętać, że rozczulanie się nad sobą może podkopywać nasze związki z ludźmi. Robienie z siebie ofiary nie przyciąga bowiem innych do nas. Wręcz przeciwnie, działa na ludzi najczęściej odstręczająco.

Ludzie często wykorzystują litość, aby zwrócić na siebie uwagę. Przyjęcie strategii typu „jaki ja jestem biedny” może zaowocować – przynajmniej na początku – miłym słowem i współczuciem ze strony innych. Dla tych, którzy boją się odrzucenia, użalanie się nad sobą może być pośrednim sposobem uzyskania pomocy. Dzięki uskarżaniu się na swój los często mogą liczyć na uzyskanie jakiegoś wsparcia.

Roztkliwianie się nad sobą bywa też wymówką, dzięki której udaje się uniknąć odpowiedzialności. Opowiadając np. szefowi o swojej trudnej sytuacji, pracownik może zyskiwać nadzieję, że przełożony będzie mniej wymagający. Dopóki sobie współczujemy, odsuwamy od siebie wszystko, co mogłoby nas skonfrontować z naszymi prawdziwymi lękami i tym samym unikamy brania odpowiedzialności za swoje działania. Zamiast podjąć jakieś kroki i ruszyć naprzód, stoimy w miejscu, wyolbrzymiając swój problem, a tym samym usprawiedliwiając brak działania, które mogłoby go rozwiązać.

Jedną z dróg uzdrowienia nas z narzekania i użalania się nad sobą jest właśnie kształtowanie w sobie postawy wdzięczności. Według św. Pawła, chrześcijanin powinien być człowiekiem dziękczynienia: „W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was” (1 Tes 5, 18). Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się do nauki Soboru II Watykańskiego, przypomina nam, że „Eucharystia jest źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego” (KKK 1324). Szeroko interpretując ten punkt nauczania Katechizmu, można byłoby wskazać, że w wymiarze egzystencjalnym centralną postawą chrześcijan powinna być zatem postawa dziękczynienia. Eucharystia znaczy przecież dosłownie dziękczynienie. Kształtowanie w sobie postawy wdzięczności byłoby zatem naszym najlepszym lekarstwem na doskwierające nam nieraz w codzienności postawy narzekania i użalania się.

Badania wskazują na wiele dobrodziejstw, jakie dla zdrowia psychicznego i fizycznego niesie ze sobą postawa wdzięczności. Ludzie, którzy odczuwają wdzięczność, rzadziej chorują i zgłaszają mniej dolegliwości bólowych. Mają także niższe ciśnienie krwi, bardziej dbają o zdrowie, lepiej śpią, a po przebudzeniu częściej czują się wypoczęci. Koncentracja na wdzięczności, miłości, współczuciu i trosce harmonizuje rytm pracy serca oraz poprawia komunikację serce–mózg. Kardiogram osoby myślącej o przeżywaniu tych emocji różni się pozytywniej od kardiogramu osoby skoncentrowanej na złości oraz także od tej będącej w stanie relaksu. Wyniki tych badań są dobrym komentarzem do słów z Księgi Przysłów: „Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości” (17, 22).

Wyrażanie wdzięczności ma także wiele pozytywnych skutków dla naszej psychiki, a zwłaszcza dla jakości naszych relacji społecznych. Przyciąga ono bowiem w naszej świadomości pozytywne doświadczenia i pozwala je docenić, a także wpływa korzystnie na poczucie własnej wartości, oraz pomaga opanować gniew i przystosować się do niekorzystnych zmian. Wyrażanie wdzięczności nasila w nas ponadto gotowość do zachowań prospołecznych, a także pomaga w tworzeniu nowych kontaktów i umacnianiu już istniejących, oraz neutralizuje w nas potrzebę porównywania się z innymi. Ludzie świadome skupiający się na wdzięczności i wyrażający ją, są osobami bardziej produktywnymi, spełnionymi, posiadającymi głębsze poczucie sensu życia, a także bardziej usatysfakcjonowanymi z życia i cechującymi się większym poziomem zaufania do ludzi oraz lepiej ich traktującymi.

Wdzięczność sprzyja ponadto kształtowaniu się w nas umiejętności znajdowania większego dystansu do posiadania dóbr materialnych. Ludzie wdzięczni mniej także oceniają innych na podstawie tego, co się posiada, mniej są zazdrośni, a bardziej dyspozycyjni, aby służyć pomocą i dzielić się dobrami z innymi.

Wskazuje się, że wdzięczność odgrywa bardzo ważną rolę w relacjach małżeńskich, pozwalając na podtrzymywanie w nich poczucia romantyczności. Dzieje się to wtedy, gdy wyrazy uznania wyrażone przez jednego współmałżonka spotkają się z wdzięcznością ze strony drugiego. Wtedy powstała wdzięczność na zasadzie reakcji zwrotnej motywuje drugą stronę do częstszego okazywania wdzięczności stronie wyrażającej wcześniej uznanie pod jej adresem. Okazuje się także, że szczęśliwe pary mówią lub wykonują co najmniej pięć pozytywnych rzeczy po każdej negatywnej interakcji ze swoim współmałżonkiem.

Skoro wdzięczność przynosi tak wiele dobrych skutków w naszym życiu, to jak kształtować ją w sobie? Wskażmy sobie kilka wybranych sposobów. Badacze zachęcają nas do tego, byśmy np. prowadzili dziennik wdzięczności. Proponują oni, by każdego dnia zapisywać w nim wszystko to, co napełniło nas uczuciem dziękczynienia. Przeglądając od czasu do czasu taki dziennik będziemy mogli sobie uświadomić, jak wiele darów przynosi nam codzienność. Analizując wyniki badań osób piszących taki dziennik, wskazuje się, że w porównaniu do innych nie prowadzących takiego dziennika osoby te mają lepszy bieżący nastrój, zgłaszają mniej dolegliwości somatycznych (np. jak bóle głowy), a także przejawiają więcej zachowań prozdrowotnych oraz mają bardziej optymistyczne wizje następnego tygodnia.

Dalej badacze zachęcają nas ponadto, byśmy często też pamiętali o przeszłych trudnych chwilach, bo dzięki nim uświadamiamy sobie jak daleko nam udało się zajść. Warto używać tzw. „przypominajek”, to jest obrazów, które budzą w nas poczucie wdzięczności. Uważają także, że powinniśmy nauczyć się jakiejś modlitwy dziękczynnej, a także dbać o to, by nie tylko myśleć i pamiętać o darach, ale także mówić o życzliwości i błogosławieństwach.

M. Seligman, proponuje natomiast jako sposób na wzbudzenie wdzięczności napisanie listu do osoby, która zmieniła nasze życie na lepsze, a której jeszcze nie podziękowaliśmy do tej pory jak na­leży.  Bada­nia pokazują, że list wdzięczności jest źródłem radości zarówno dla adresatów, jak i dla autora. Radość ta wzmaga się jeszcze bardziej w sytuacji, kiedy towarzyszy temu jego wspólne odczytanie i porozmawianie o emocjach, jakie wzbudził.

Wróćmy dalej do naszej ewangelii. Jezus mówi na końcu dzisiejszej historii do Samarytanina: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. W tych słowach można odnaleźć kolejną przyczynę nieczystego serca i ducha. Jezus bowiem wypowiedział je po uzdrowieniu, a więc wskazuje, że przed uzdrowieniem Samarytaninowi brakowało wiary, rozumianej zwłaszcza jako przeżywanie  życia w pełnej zaufania więzi z Bogiem. Jak sobie to dziś wcześniej uświadomiliśmy, styl życia z dala od Boga jako swojego bożka ustanawia własne Ja i ratowanie swojego życia, kosztem więzi z innymi i Bożych wartości. W takim stylu życia człowiek nie przeżywa swojego życia w więzi z Bogiem, ale przede wszystkim w więzi z samym sobą i dla siebie. Może żyć z innymi, ale zawsze w centrum takich związków będzie mu chodziło o samego siebie i swoje potrzeby. Stąd związki z takimi osobami mogą być tak napięte i konfliktowe. Człowiek żyjący takim stylem życia nie ma także poczucia, że to co ma i to co go spotyka w życiu jest darem, skutkiem działania w jego życiu łaski bożej. Nie czuje się więc, że jest obdarowywany, ale że wszystko mu się należy i do wszystkiego powinien mieć prawo. Zwłaszcza w takiej sytuacji, kiedy cierpi lub cierpiał. Wtedy Bóg, ludzie i życie powinni mu wynagrodzić doznane cierpienia.

Uzdrowienie Samarytanina na najgłębszym poziomie polega więc na uzdrowieniu jego ducha, przez otrzymanie łaski wiary. Warto zauważyć, że w sercu Samarytanina dokonuje się duchowa przemiana związana z odkryciem, kim tak naprawdę jest Jezus. Najpierw mówi on wraz z innymi do Jezusa: „Mistrzu”, a potem wraca do Jezusa, by oddać chwałę Bogu. Będąc w drodze do kapłanów, wygląda na to, że uświadamia sobie, iż to nie kapłani mają moc rozstrzygania o nim i o jego życiu, ale właśnie tylko Jezus. Wraca więc do Niego jako swojego Pana, by przed Nim oddać chwałę Bogu. Gest upadnięcia Samarytanina przed Jezusem na twarz, nazywany proskynezą, wskazuje, że teraz w Nim widzi on swojego Boga.

Jezus zwraca się do Samarytanina: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Czasownik „wstań” w języku oryginalnym zawiera rdzeń słowa „zmartwychwstanie”. Możemy więc powiedzieć, że Jezus mówi do Samarytanina: „zmartwychwstałeś, zostałeś wskrzeszony”. Używając terminologii św. Pawła można byłoby powiedzieć, że Jezus mówi do niego: „Jesteś nowym człowiekiem, dzięki mojej łasce, idź, posyłam cię, byś żył wiarą, która będzie ci niosła zawsze uzdrowienie i zbawienie”. Jezus jakby mówi do niego, że życie wiarą, rozumianą jako życie w pełnej zaufania więzi z Bogiem, sprawi, iż nie będzie już nigdy człowiekiem potępionym i odrzuconym.

Uświadommy sobie, że Jezus poprzez wiarę zaprasza nas do tego, byśmy żyli już jak ludzie zmartwychwstali, pewni tego, że dzięki Niemu zostaliśmy wezwani do życia wiecznego. Poprośmy Go więc na koniec naszej medytacji o to, byśmy do głębi serca przyjęli słowa powołanego przez Niego samego apostoła Pawła, który pisał w Liście do Kolosan: „Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale. Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Z powodu nich nadchodzi gniew Boży na synów buntu. I wy niegdyś tak postępowaliście, kiedyście w tym żyli. A teraz i wy odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych! Nie okłamujcie się nawzajem, boście zwlekli z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu [Boga], według obrazu Tego, który go stworzył. (…) Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (3, 1-17).

Bibliografia wykorzystanych publikacji:

Banasiak-Parzych B. Moc wdzięczności. „Charaktery” 12(2012) s. 32-35.

Doliński D. O tym, co pozytywnego może wynikać z narzekania. W: Jak Polacy przegrywają, jak Polacy wygrywają. Red. M. Drogosz. Gdańsk 2005 s. 53-68.

Gruszecka E. Wdzięczność a szczęśliwe życie. „Psychologia Społeczna” 4(2011) s. 316-329.

Horney K. Nerwica a rozwój człowieka. Poznań 2011.

Morin A. 13 rzeczy, których nie robią silnie psychicznie ludzie. Łódź 2015.

Seligman M. Prawdziwe szczęście. Poznań 2005.

Szcześniak M. Wdzięczność w świetle wybranych koncepcji psychologiczno-społecznych. „Roczniki Psychologiczne” 1(2007) s. 93-111.

Szymków A. Wojciszke B. Baryła W. Psychologiczne funkcje narzekania. „Czasopismo Psychologiczne” 1(2003) s. 47-64.

Szymków-Sudziarska A. Wojciszke B. Baryła W. Dowody na istnienie interpersonalnego skryptu narzekania – efekty pamięciowe. Doniesienie z badania. „Studia Psychologiczne” 4(2007) s. 81-86.