Przypowieść o sędzi i wdowie

Ewangelia według św. Łukasza (18, 1-8):

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?»

Medytacja nad ewangelią:

Na początku naszej medytacji chciejmy zwrócić uwagę na kontekst, w jakim umieszczony jest dzisiejszy fragment biblijny. Chodzi o 17. rozdział ewangelii według św. Łukasza, wersety od 22. do 37. Jezus mówi w nich o dniu przyjścia Syna Człowieczego, w którym zabierze On swoich uczniów do siebie. Jakie uczucia mogły wzbudzić w uczniach te słowa Mistrza z Nazaretu? Wydaje się, że dwa.

U części uczniów mógł się pojawić być może lęk. Jezus mówi o przyjściu Syna Człowieczego, co Izraelitom jednoznacznie kojarzyło się z tajemniczą wizją Syna Człowieczego w Księdze Daniela (7,13-14). Według tej wizji, Syn Człowieczy miał rozpocząć z woli Boga wieczne panowanie. Izraelici wiedzieli, że to wieczne panowanie łączyło się z sądem. Tę wizję sądu, oceny ludzkiego życia, potwierdzały słowa Jezusa, zamieszczone właśnie w 17. rozdziale, gdy mówił: „Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi” (17, 26-30). Te słowa mogły więc wzbudzić w uczniach lęk związany z sądem i karą na wzór potopu oraz zniszczenia Sodomy i Gomory.

Co się dzieje w człowieku, który przeżywa lęk? Lęk powoduje, że człowiek czuje się zagrożony i zaczyna myśleć o ratowaniu siebie oraz swojego życia. Można powiedzieć, że doświadczając lęku myśli on jedynie o sobie, jak siebie uratować. Najczęściej jak myśli o innych, to jedynie o swoich najbliższych. Lęk zatem powoduje, że człowiek staje się egocentryczny i egoistyczny. Do tego lęku mogło się dołączyć jeszcze we wnętrzu uczniów poczucie zagubienia i bezradności w związku ze słowami Jezusa zawartymi w  33. wersecie: „Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je”. Uczniowie pokazują także swojemu Mistrzowi, że czują się zdezorientowani, bo nie wiedzą, gdzie wybrani zostaną zabrani. Ewangelista notuje: „Pytali Go: Gdzie, Panie? On im odpowiedział: Gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy” (17, 36-37).

Drugie uczucie, jakie mogło pojawić się we wnętrzu uczniów na bazie słów Jezusa zawartych we wspomnianym 17. rozdziale  ewangelii według św. Łukasza, to uczucie chęci zemsty i satysfakcji z jej dokonania się. Jezus mówi także w tymże rozdziale: „Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie będą mleć razem: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona” (17, 34-35). Dlaczego mówię tu o uczuciach zemsty i satysfakcji z jej dokonania?

Otóż, te słowa Jezusa mówią, że wybrani zostaną przeniesieni do królestwa Syna Człowieczego, a niewybrani pozostaną. Podczas ziemskiej wędrówki Jezusa, doświadczał On wiele złośliwości i oszczerstw zwłaszcza ze strony faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Wiemy, choćby z ewangelii św. Marka, że uczeni w Piśmie mówili o Mistrzu z Nazaretu: „Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy” (3, 22). Jak notuje św. Mateusz, kiedy Jezus posyła Apostołów z misją, mówi do nich: „Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą” (Mt 10, 25). Należy się zatem spodziewać, że skoro uczeni w Piśmie nazywali tak Jezusa, to musieli w podobny sposób oczerniać i złośliwie mówić o Jego uczniach. Może mówili: „Jezus to Belzebub, a Jego uczniowie to uczniowie Belzebuba”.

Jakie uczucia rodzą się we wnętrzu człowieka, który wbrew swojej dobrej woli jest oczerniany, złośliwie pomawiany, czy zniesławiany? Najczęściej rodzi się w kimś takim złość, gniew. Ale kiedy ten proceder trwa nieustannie mimo prób obrony, może rodzić się w nim nienawiść w stosunku do takiej zniesławiającej go grupy osób i jednocześnie chęć zemsty. Myślę, że takie uczucia mogły się pojawić we wnętrzu uczniów właśnie w relacji do oczerniających ich i ich Mistrza faryzeuszy oraz uczonych w Piśmie. Stąd, kiedy usłyszeli o tym, że przyjdzie taki dzień zabrania wybranych do królestwa Syna Człowieczego, mogli czuć satysfakcję, że oni się tam znajdą, a inni zwłaszcza ci oczerniający i pełni złośliwości, nie wejdą tam. I to będzie w końcu ten dzień zemsty na nich.

Św. Jan zanotował w swojej ewangelii takie zdanie o Jezusie: „Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje” (2, 24). Św. Marek przy cudzie uzdrowienia paralityka pisze: „Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach?” (2, 8). Wydaje się, że Jezus poznaje właśnie w duchu, co czują Jego uczniowie, kiedy mówi im o sądzie Syna Człowieczego i o zabraniu swoich wybranych do Jego królestwa. Dlatego w odpowiedzi na te uczucia, jak notuje św. Łukasz, Jezus „powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać”.

Jezus wyraźnie chce nam wskazać, że to przede wszystkim modlitwa powinna być dla nas czasem porządkowania i uwalniania naszego serca od destruktywnych emocji, które mogą się w nas rodzić zwłaszcza w relacjach z innymi. Modlitwa zatem powinna być czasem uwalniania  i przezwyciężania naszych lęków, a zwłaszcza postaw, które tak łatwo rodzą się w nas na bazie doświadczanego lęku – dbania jedynie o siebie, o swoje przeżycie i o swój interes. Ona ma nas przekonywać, że Bóg nigdy nie zostawia nas samych w obliczu naszych zagrożeń, ale zawsze przychodzi nam z pomocą.

Modlitwa powinna być także czasem uwalniania nas od uczuć nienawiści i chęci zemsty. Czasami może być ona długotrwała, ale powinna nam pomagać w uwalnianiu się od tych mocno destrukcyjnych uczuć dla ludzkich relacji. Dlatego Jezus uczył nas, że jak się modlimy, mamy wołać do Ojca: „i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili” (Mt 6, 12).

Czytając zdanie otwierające tę przypowieść w języku oryginalnym, można je przetłumaczyć, że Jezus mówi, iż powinniśmy się modlić w każdej chwili nie zniechęcając się. Wiemy z własnego doświadczenia, że kiedy nieraz wpadniemy w jakieś głęboko destruktywne stany emocjonalne, jak  choćby lęk i nienawiść oraz pragnienie zemsty, ale także i wiele innych, to potrafią nas one długo męczyć i zaprzątać nasz umysł. Często zwracamy się w takich stanach do Boga, a one nieraz potrafią nas długo trzymać, co właśnie budzi nasze zniechęcenie i zwątpienie. Stąd ta przypowieść jest skierowana także do nas i wzywa nas do uświadomienia sobie, że doświadczając takich stanów emocjonalnych, tym bardziej powinniśmy się zawierzać Bogu i ufać, że przyjdzie On nam z pomocą w ich przezwyciężeniu.

Warto rozbudować sobie tę historię o sędzi i wdowie przez dopowiedzenia płynące z doświadczenia życiowego i innych miejsc Biblii, by usłyszeć głębsze przesłanie tej historii. Zacznijmy od osoby sędziego. Jezus mówi, że to człowiek, który Boga się nie bał i z ludźmi się nie liczył. Po sposobie traktowania wdowy możemy odnieść także wrażenie, że jest on także niemiłosierny. Wydaje się, że ów sędzia bardzo mocno zrósł się ze swoją rolą społeczną. Być może uznał, według swojego mniemania, że dla dobrego wypełniania swojej roli sędziego, musi prezentować się jako człowiek bezwzględnie sprawiedliwy, który nie ulega żadnym naciskom – ani Boskim, ani także ludzkim wpływom. Z tego powodu mógł także zabić w sobie tę zwykłą ludzką wrażliwość, tak by jego wyroki nie były wykrzywiane również przez jego wewnętrzne odruchy współczucia, miłosierdzia czy litości. Dla niego najważniejsze było bezwzględne przestrzeganie zasad sprawiedliwości. To jego zdaniem być może wymagało, by  był wolny od nacisków zewnętrznych, Boga i innych ludzi, a także od nacisków wewnętrznych, czyli swojej wrażliwości, czy jakichkolwiek innych ludzkich uczuć, mogących w jego mniemaniu rozmyć i wykrzywić zasady sprawiedliwości. Być może dzięki temu wyrobił sobie właśnie taką opinię, że jest sprawiedliwy do bólu, wydając bezwzględne wyroki, nie patrząc przy tym na nic jak tylko na samą surową sprawiedliwość. Być może nie zauważał przy tym to, co odkrył św. Tomasz z Akwinu, kiedy pisał: „Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem”. Dlatego Jezus określa go, że był mimo wszystkich swoich starań niesprawiedliwym sędzią.

Zwrot ewangeliczny określający go jako człowieka, który „z ludźmi się nie liczył”, można także przetłumaczyć, że był tak pewny siebie w tym co robił, iż nie wstydził się niczego przed ludźmi. W tłumaczeniu tego zwrotu w ten sposób jest zawarta głęboka prawda o jednej z ważniejszych nieraz motywacji postępowania człowieka. Sędzia być może tak mocno utożsamiał się ze swoja rolą społeczną, bo tak naprawdę liczył na to, że dzięki temu nie będzie musiał przeżywać wstydu. To właśnie lęk przed wstydem mógł spowodować, że stał się takim bezwzględnym człowiekiem. I to mogła być jego pięta achillesowa, jego słabość, że uciekał przed doświadczeniem wstydu w postawę bezwzględności. Jak się później okaże, złamał się przed prośba wdowy, bo ona uderzała bezpośrednio w tę jego słabość.

Warto sobie uświadomić, że jeśli ktoś nosi w sobie lęk przed uczuciem wstydu, to jedną z form poradzenia sobie z nim jest przyjęcie, jak uważa amerykański psychoterapeuta John Bradshaw,  bezwstydnego stylu charakteru. Polega on na wykonywaniu wielu czynności służących uśmierzaniu wstydu i przerzucaniu go na innych. Przejawami tego bezwstydnego stylu charakteru są takie zachowania, jak perfekcjonizm, dążenie do władzy  kontroli nad innymi, arogancja, krytykowanie i oskarżanie innych, ocenianie i moralizowanie, czy też pogarda. Prezentowanie tych zachowań we własnym sposobie postępowania powoduje, że człowiek lękający się wstydu nie czuje go u siebie, ale za to łatwo budzi go u innych. Kiedy przyjrzymy się opisowi sędziego z przypowieści, to z łatwością znajdziemy u niego te wcześniej wskazane cechy bezwstydnego stylu charakteru.

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Przypatrując się owemu sędziemu z przypowieści, postawmy sobie pytanie, czy my w jakiś sposób nie jesteśmy podobni do niego, zwłaszcza w tym wymiarze nadmiernego i sztywnego utożsamiania się z naszą rolą społeczną? Czy czasami rola społeczna, którą pełnimy, nie zabiła w nas naszej wrażliwości? Postawmy sobie pytanie, czy może przez to sztywne utożsamienie się z jakąś rolą społeczną nie przybraliśmy na zewnątrz w stosunku do innych jakiejś maski, chcąc w ten sposób mieć opinię, że dobrze wypełniamy tę rolę, nie zauważając jednak przy tym, że zabiliśmy w sobie naszą wrażliwość? Sędzia z przypowieści, chcąc mieć opinię bezwzględnie sprawiedliwego, zgodnie ze słowami św. Tomasza z Akwinu, mógł nie zauważyć, że przez to nadmierne utożsamienie się ze swoją rolą stał się okrutnym. Z nami może być podobnie.

Patrząc na osobę sędziego z przypowieści, postawmy sobie również pytanie, czy i my nie jesteśmy ludźmi, którzy noszą w sobie lęk przed wstydem i którzy w wielu relacjach z innymi nie budują podobnego dystansu wobec innych jak ów sędzia? Postawmy sobie pytanie, za jakiego rodzaju zachowaniami się chowamy, by uciec od doświadczania ranienia naszej wrażliwości i poczucia wstydu?

W tym kontekście uświadommy sobie, że modlitwa jest dla nas także właśnie czasem przywracania nam naszej wrażliwości. Jest kilka takich Jezusowych przypowieści, w których główni bohaterowie wezwani są właściwie do odzyskania swojej wrażliwości. Z pewnością do takich przypowieści można zaliczyć tę o nielitościwym dłużniku (Mt 18, 21-35), o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32), czy też o bogaczu i Łazarzu (Łk 16, 19-31). Historia spotkania Zacheusza z Jezusem, to przecież też historia o przywróconej wrażliwości (Łk 19, 1-10). Bogu bardzo zależy, byśmy w naszych codziennych relacjach kierowali się właśnie naszą wrażliwością. Powoduje ona, że potrafimy innych rozumieć i ich uszanować. Jak wiele zła dzieje się często w naszym życiu z tego powodu, że nie okazaliśmy się wobec kogoś wrażliwi i nie potrafiliśmy uszanować jego osoby, tego co myśli i czuje. Wielu z nas potwierdzi także, że wielokrotnie dzięki modlitwie i słowu Bożemu uświadamiało sobie swoją postawę niewrażliwości i czuło wezwanie płynące ze strony Boga do przemiany swojego serca w tym względzie. Chciejmy podczas tej medytacji poprosić Boga o to, by nieustannie był On strażnikiem naszej wrażliwości.

Przyjrzyjmy się teraz postaci wdowy, zwłaszcza w świetle słów zapisanych w języku oryginalnym tej przypowieści.  W tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, której teksty są podstawą czytań liturgicznych, jest napisane, że wdowa przychodziła do sędziego, prosząc go, by obronił ja przed przeciwnikiem. W oryginale jest jednak użyty zwrot, który dosłownie brzmi – „wymierz pomstę, zemstę”. Gdyby przyjąć to za prawdę, że wdowa przychodziła, by szukać u niego pomsty, zemsty, to warto byłoby się zastanowić, skąd u niej pragnienie zemsty, pomsty?

Biblia wyraźnie nakazywała, że nie wolno krzywdzić wdów i sierot. W Księdze Wyjścia czytamy: „Nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty. Jeślibyś ich skrzywdził i będą Mi się skarżyli, usłyszę ich skargę, zapali się gniew mój, i wygubię was mieczem i żony wasze będą wdowami, a dzieci wasze sierotami” (22, 21-23). Nakaz ten wynikał z troski Boga o ludzi najuboższych, a takimi ludźmi mogła się stać wdowa wraz z sierotami po śmierci swego męża i jednocześnie ojca rodziny. Najczęściej w ten sposób rodziny takie traciły jedynego ich żywiciela i groziło im nie tyle samo ubóstwo, ale często po prostu nędza. Stąd Bóg troszczący się zawsze o najuboższych nakazywał otoczyć szczególną troską właśnie wdowy i sieroty. Autor Księgi Mądrości Syracha pisał więc w tym kontekście: „Pan jest Sędzią, który nie ma względu na osoby. Nie będzie miał On względu na osobę przeciw biednemu, owszem, wysłucha prośby pokrzywdzonego. Nie lekceważy błagania sieroty i wdowy, kiedy się skarży. Czyż łzy wdowy nie spływają po policzkach, a jej lament nie świadczy przeciw temu, kto je wyciska?” (Syr 35, 12-15). Św. Jakub dlatego też nauczał w swoim liście: „Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach” (Jk 1, 27).

Osoby najuboższe, jak to niestety bywa w życiu, są często narażone na wykorzystywanie, lekceważenie i pogardę. Widzimy to także w dzisiejszych czasach. Wdowa z przypowieści przychodzi do sędziego i mówi do niego, by wymierzył sprawiedliwość, a jak sobie wskazaliśmy dosłownie – pomstę, zemstę, jakiemuś przeciwnikowi. Wdowa więc miała problem z jakimś przeciwnikiem, który być może działał w jakiś sposób na jej szkodę i krzywdę. Biblia często wspomina o walkach o majątek, a zwłaszcza o chęć zagarnięcia komuś jakieś części ziemi. Być może więc ów przeciwnik wdowy, zdając sobie sprawę, że w jej obronie nikt za bardzo nie stanie, np. postanowił pozbawić ją albo części jej ziemi, albo nawet jej całości. Jego pewność wygrania sprawy była tym większa, że powszechnie też lekceważono ówcześnie również kobiety. Wydawało mu się więc, że sprawa będzie w sposób prosty do wygrania, że siła leży po jego stronie.

Warto w tym miejscu odwołać się do doświadczenia życiowego. Podpowiada nam ono, jak czasami zachowują się kobiety, które czują, że ktoś chce im zagrozić i pozbawić je środków do życia, zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze mają one pod opieką swoje dzieci. Takie kobiety walczą wtedy o swój los do końca. Są nieustępliwe i pełne woli walki, byle tylko obronić siebie i swoje dzieci po to, by nie pozwolić im umrzeć z głodu. Jak nieraz mówimy, walczą o swój los jak lwica o swoje lwiątka. Kobiety, czując jakie im grozi niebezpieczeństwo, stają wtedy tak odważne, że nikogo się właściwie nie boją. Nawet takiego bezwzględnego sędziego, jak ów sędzia z naszej przypowieści. Wiedzą, że jak się nie obronią, to po prostu zginą wraz ze swoimi dziećmi. Nie mają więc wyjścia, muszą walczyć o swój los do końca. Można odnieść wrażenie, że taką kobietą stała się właśnie owa wdowa z przypowieści Jezusa. Ta jej wola walki i przetrwania spowodowała, że zaczęła nachodzić sędziego, by ją obronił, a właściwie wymierzył przez swój wyrok pomstę na jej krzywdzicielu.

 Na temat tego, co się zaczęło się dziać między nią a sędzią, wiele mówi zdanie, które wypowiada sędzia, gdy postanowił jednak wziąć ją w obronę: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie” (Łk 18, 4-5). Warto znów sięgnąć do języka oryginalnego, by usłyszeć takie bardziej dosłowne znaczenie tego, co mówi sędzia. Na podstawie języka oryginalnego sędzia mówi: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ ta wdowa zamęcza mnie, przynosi mi wiele trudu, wysiłku, wymierzę jej sprawiedliwość, pomstę na jej przeciwniku, żeby nie przychodziła już do mnie chcąc mnie stłuc, a dosłownie podbić mi oko”.

Jak to zrozumieć w oparciu o to dosłowne tłumaczenie oraz nasze doświadczenie życiowe? Tak jak sobie powiedzieliśmy wdowa czując zagrożenie swojego życia i być może swoich dzieci, nie miała wyjścia musiała stać się jak lwica broniąca swoich lwiątek. Jedyną nadzieję widziała w osobie sędziego. Wiedziała jednocześnie, że to typ bezwzględny, który dla podtrzymania swojego statusu może wydać raczej wyrok niekorzystny dla niej. Postanowiła go pokonać jego własną słabością, czyli zawstydzić go. Chodziła więc do niego i być może mówiła mu, że jak nie wyda sprawiedliwego wyroku, to dosłownie podbije mu oko, stłucze go. Jeśli, bowiem wyda dla niej wyrok niekorzystny, to i tak straci wszystko, a być może niedługo wraz z dziećmi umrze z głodu. Więc po takim wyroku to jej będzie wszystko jedno, czy ukarze ją dodatkowo za pobicie go, czy też nie. Nie będzie mogła obronić siebie i swoich dzieci, ale przynajmniej będzie czuła satysfakcję, że wywarła pomstę na osobie sędziego.

Jak sobie wcześniej wskazaliśmy sędzia bał się zawstydzenia w swoim życiu. Osoba, która lęka się zawstydzenia w związku z jakąś sytuacją, często wyobraża sobie tę sytuację i widzi siebie, jak robi ona coś lub ktoś względem niej, co przynosi jej wstyd. Wtedy za wszelką cenę dąży do tego, by tego uniknąć. Sędzia mógł więc sobie wyobrazić, co będą o nim mówić ludzie, jak zostanie pobity przez kobietę. Cała jego powaga, bezwzględność i autorytet runie w gruzach.

Jezus mówi, że wizyty wdowy u sędziego przynosiły mu trud, wysiłek, zmęczenie. Z jakiego powodu? Nie tylko z tego względu, że go nachodziła. Ale także z tego, że budziła w nim poczucie wstydu. Pokazywała mu, że się go nie boi i w razie ostateczności jest gotowa mu zniszczyć reputację. Trudem dla niego, wysiłkiem i zmęczeniem, stawała się więc dla niego walka z jego poczuciem wstydu, które budziła w nim owa wdowa. Wiemy, ile nas nieraz kosztuje trudu, wysiłku i zmęczenia wewnętrzna walka mająca na celu ukrycie przed innymi jakiegoś uczucia, czy naszej słabości, której nie chcemy by inni widzieli. Taka walka właśnie zaczęła się toczyć wewnątrz osoby sędziego i tym był przede wszystkim utrudzony. W pewnym momencie był już tak tą walką zmęczony, że pewnie po przekalkulowaniu zysków i strat postanowił jednak wydać wyrok korzystny dla niej. Pewnie pomyślał sobie, że z owym krzywdzicielem wdowy jakoś sobie poradzi, ale gorzej będzie mu poradzić sobie z tą sytuacją, jaka może się wytworzyć po spełnieniu gróźb wdowy wobec niego po wyroku niekorzystnym dla niej.

Co nam to wszystko może podpowiedzieć odnośnie do naszej postawy na modlitwie? Jezus chce pokazać w tej przypowieści na zasadzie kontrastu, jak postępuje Ojciec niebieski względem nas. Mówi On zatem tak – patrzcie, skoro taki bezwzględny i niewrażliwy sędzia uległ prośbie wdowy, to o ileż bardziej będzie wysłuchiwał was kochający, będący wrażliwy na wasze potrzeby i pełen miłosierdzia oraz hojności Ojciec niebieski. Dlatego powiadam, zawsze, w każdej chwili módlcie się i nie zniechęcajcie się na waszej modlitwie. A od wdowy uczcie się, mógłby powiedzieć Jezus, by być odważnymi w przedstawianiu waszych próśb i błagań. Stąd autor Listu do Hebrajczyków napisał: „Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla pomocy w stosownej chwili” (4, 16). W języku oryginalnym użyte w tłumaczeniu słowo „ufność” brzmi raczej jako śmiałość, odwaga, pewność siebie. Do takiej postawy w wyrażaniu naszych potrzeb na modlitwie wzywa więc nas słowo Boże.

No dobrze, ktoś powie, to dlaczego to wysłuchiwanie czasami tak długo trwa i dlaczego czasami otrzymujemy coś innego niż prosiliśmy? Jezus mówi w tej przypowieści: „ A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?” (Łk 18, 7). To słowo „wybranych” można przetłumaczyć, jako tych wszystkich, którzy mienią się jego dziećmi. Doświadczenie życiowe nam dziś podpowiada, że bieg codzienności się nieraz tak układa, że ofiarą i krzywdzicielem stają się niestety Jego wybrani.

Był to już problem za czasów apostolskich. Św. Paweł pisał swego czasu w Pierwszym Liście do Koryntian: „Czy odważy się ktoś z was, gdy zdarzy się nieporozumienie z drugim, szukać sprawiedliwości u niesprawiedliwych, zamiast u świętych? Czy nie wiecie, że święci będą sędziami tego świata? A jeśli świat będzie przez was sądzony, to czyż nie jesteście godni wyrokować w tak błahych sprawach? Czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów? O ileż przeto więcej sprawy doczesne! Wy zaś, gdy macie sprawy doczesne do rozstrzygnięcia, sędziami waszymi czynicie ludzi za nic uważanych w Kościele! Mówię to, aby was zawstydzić. Bo czyż nie znajdzie się wśród was ktoś na tyle mądry, by mógł rozstrzygać spory między swymi braćmi? A tymczasem brat oskarża brata, i to przed niewierzącymi. Już samo to jest godne potępienia, że w ogóle zdarzają się wśród was sądowe sprawy” (6, 1-7).

Kiedy patrzymy na dzisiejsze życie, wiemy, że nie jest to tylko problem tamtych czasów. W każdym razie często powstaje taka sytuacja, że ofiara czuje złość i gniew w stosunku do swojego krzywdziciela, a często nawet pragnienia zemsty. Natomiast krzywdziciel, kierując się jakąś swoją popędliwością może wmawiać sobie, że słusznie postępuje, nie widząc tego, że kogoś takim postępowaniem krzywdzi. Wiemy dobrze, że nieraz tak zaplątamy się w nasze emocje i namiętności, że nie potrafimy wyzwolić się od presji destruktywnego działania. Dodatkowo wielu z nas staje wtedy na modlitwie przed Bogiem i oddychając tymi destruktywnymi emocjami i pragnieniami, oczekuje, że Bóg opowie się po którejś ze stron. Na szczęście często zdarza się tak, że upływający czas i słyszane słowo Boże, powoduje, że obie strony zaczynają sobie uświadamiać, że takie rozwiązania i pragnienia, jakie noszą w sobie nie są dobre i wymagają innego spojrzenia. Wtedy zaczynają, mówiąc metaforycznie, „mięknąć” i otwierać się na takie rozwiązania, które zaczynają służyć ich wzajemnemu przebaczeniu i pojednaniu. I oto właśnie chodzi Ojcu niebieskiemu. Nie chodzi o moje, twoje, ale o nasze. Skutki więc naszej modlitwy rozciągają się nierzadko w czasie, bo być może Bóg chce nas doprowadzić do takiego rozwiązania naszych problemów, które będzie dobre w szerszym wymiarze niż tylko naszym osobistym. Bogu może nie tylko chodzić o mnie jako Jego wybranego, ale o nas jako wybranych i o to, co służy nam obojgu jako autentyczne dobro. To zwlekanie w wysłuchaniu naszych próśb ze strony Boga jest nam często potrzebne do odkrycia jakiegoś szerszego dobra, do którego przyjęcia zaprasza nas Bóg.

Jezus pyta, na końcu dzisiejszego fragmentu ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (18, 8b). Możemy to odczytać w ten sposób, że Jezus pyta nas, czy my będziemy pamiętać do końca naszych dni, do momentu kresu naszego ziemskiego życia, o tym wszystkim, co nam chciał przekazać odnośnie do modlitwy? Czy jednak zniechęcimy się w modlitwie, bowiem rozczarujemy się, że Bóg czasami będzie nas zapraszał do odkrycia i przyjęcia szerszego dobra niż nasze dobro osobiste? Jezus uczył, że do Ojca niebieskiego, nawet jak modlimy się indywidualnie mamy wołać: „Ojcze nasz”. Doświadczenie życiowe podpowiada nam, że czasami trudno jest nam wyjść poza nasze dobro osobiste, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy i mówimy sobie, że takie a nie inne rozwiązanie byłoby sprawiedliwe zwłaszcza wobec naszego poczucia krzywdy. Ojciec niebieski zawsze będzie jednak chciał dobra szerszego, które jest dobre zarówno dla mnie i dla kogoś drugiego. To wymaga zgody z naszej strony na przekroczenie własnego punktu widzenia, co często jest dla nas za trudne. To dlatego Jezus właśnie pyta: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”.