O osamotnieniu i postawie ukrywania się przed Bogiem i innymi

– refleksja na kanwie czytań z niedzieli 9 sierpnia 2026 r.

W dzisiejszą niedzielę słyszymy tekst z Pierwszej Księgi Królewskiej o Eliaszu, ukrywającym się w grocie na górze Horeb (1 Krl 19, 9. 11-13a). Warto dla lepszego zrozumienia tej sceny biblijnej przeczytać całość historii zawartej w rozdziale 19 (w. 1-18). Ta dzisiejsza scena może być obrazem sytuacji egzystencjalnej niektórych z nas. Polega ona na doświadczaniu poczucia bycia osamotnionym i ukrywającym się ze światem swoich wewnętrznych myśli i uczuć. Niektórym z nas mocno doskwiera to poczucie osamotnienia i swoistego ukrywania się ze swoim światem wewnętrznych przeżyć przed innymi, w tym także przed Bogiem.

Powody ukrywania się

Powody takiego naszego zachowania mogą być różne. Czasami robimy to z lęku przed oceną, kierując się obawą, że ujawnione uczucia (zwłaszcza te „niewygodne” jak słabość, zazdrość, wstyd, gniew, złość, uraza itp.) spotkają się z odrzuceniem albo zostaną wykorzystane przeciwko nam. Nierzadko kieruje nami wstyd, bazujący na przekonaniu, że dane uczucie „nie powinno” się pojawiać, że jest oznaką słabości albo braku wiary, czy też grzechu, więc łatwiej je ukryć niż zmierzyć się z nim na zewnątrz. Inna przyczyna ukrywania się ze swoim światem wewnętrznych przeżyć może być związana z wyuczoną w toku wychowania swoistą postawą nieufności wobec innych. Rodzi się ona w nas na bazie przeszłych sytuacji, w których byliśmy w jakiś sposób karani za naszą otwartość, np. wyśmianiem czy wprost odrzuceniem i potępieniem. Powstała w ten sposób postawa ukrywania się stała się typowym mechanizmem obronnym, chroniącym nas przed kolejnym możliwym zranieniem. Na podstawie takich doświadczeń mogliśmy też dojść do przekonania, że nikt i tak nas nie zrozumie, więc nie ma po co się otwierać i pokazywać.

Historia Eliasza, której wycinek, czytamy w dzisiejszym pierwszym czytaniu, może wskazywać, że ukrywamy się przed innymi, bo czujemy się rozczarowani sobą i biegiem swojego życia. Eliasz w swoim sercu liczył na to, że wbrew historii swojego życia rodzinnego w końcu on stanie się kimś skutecznym i wartościowym. Mówi do Boga: „Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków” (1 Krl 19,4). Rozczarowanie sobą rodzi się w nas, gdy rzeczywistość własnego charakteru, wyborów, słabości nie zgadza się z wyobrażeniem o sobie. Gdy człowiek doświadcza rozczarowania sobą, uruchamia się wstyd, a wstyd naturalnie dąży do zasłonięcia, wycofania, ukrywania się. Natomiast rozczarowanie biegiem życia powstaje, gdy plany, marzenia, oczekiwania rozminęły się z tym, co się faktycznie wydarzyło. Tu ukrywanie bywa formą żalu albo wstydu za to, „gdzie się jest w porównaniu z tym, „gdzie miało się być”. Czasem towarzyszy temu gniew, który trudno wyrazić otwarcie, więc zamiast tego człowiek się wycofuje i chowa.

Niestety to ukrywanie się ma paradoksalny skutek – pogłębia w nas poczucie osamotnienia. Im dłużej się ukrywamy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy sami, bo nikt nie zna naszego rzeczywistego stanu.

Ukrywanie się przed Bogiem

Ukrywanie się przed Bogiem ma w Biblii długą historię. Zaczyna się już od momentu upadku pierwszych rodziców (Rdz 3, 8-10).  Adam chowa się między drzewami, gdy słyszy kroki Boga w ogrodzie. Grzech (albo szerzej: wstyd, poczucie winy, słabość) rodzi odruch chowania się, nawet przed Tym, który i tak wszystko widzi. Teologicznie jest to nielogiczne, ale psychologicznie bardzo spójne. Chowamy się często nie tylko po to, żeby ukryć fakt, tylko żeby uniknąć doświadczenia bycia widzianym. Adam po grzechu nie ukrywa się dlatego, że wierzy, iż uda mu się oszukać Boga – ukrywa się, bo nie jest w stanie znieść bycia zobaczonym przez Boga w takim stanie, w jakim jest. To samo dzieje się z uczuciami – nie chowamy ich, bo sądzimy, że Bóg ich nie dostrzeże, ale dlatego, że nie chcemy, żeby On patrzył na naszą słabość, wstyd, gniew, zwątpienie, urazę w relacji do Niego. To nie jest często próba faktycznego zatajenia czegoś (bo z perspektywy wiary jest to niemożliwe), tylko emocjonalny mechanizm obronny – unikanie bliskości, żeby nie doświadczyć wstydu czy oceny, nawet jeśli ta ocena istnieje głównie w naszym umyśle, a nie w Bożym spojrzeniu.

Patrząc się na historię Eliasza wydaje się, że ucieka on od Boga, bo czuje się też rozczarowany Jego sposobem działania. Eliasz wydaje się, że bardzo liczył, iż Bóg przez jego misję prorocką nie tylko doprowadzi do nawrócenia się Izraelitów, ale przede wszystkim skruszy królową Izebel. Brak jej nawrócenia odczytał jako brak swojej skuteczności jako proroka – jego pełne goryczy słowa wskazują, że przez jej przypadek ocenił negatywnie całą swoją misję i posłannictwo duchowe jako bezwartościowe i bezsensowne. Człowiek często zakłada pewien układ w relacji do Boga – poniosę jakiś wysiłek duchowy (modlitwa, wiara, posłuszeństwo), który powinien przełożyć się na widoczny skutek (uzdrowienie, zmianę sytuacji, przełom, poczucie bliskości z Bogiem). Gdy tego skutku nie ma, powstaje w nas rozczarowanie, zwątpienie, żal, złość, gniew, uraza. Tak jak można to zobaczyć w historii Eliasza. Przeżywając te uczucia, często wtedy chowamy się przed Bogiem i od Niego oddalamy.

Warto sobie uświadomić, że bardzo często to, co się chowa, chowa się nie przed Bogiem takim, jaki jest, ale przed swoim wyobrażeniem Boga zakodowanym w naszej podświadomości – surowym sędzią, księgowym grzechów, kimś, kto czeka na nasze potknięcie, by wytknąć nam nasze słabości i błędy oraz nas za nie ukarać. Jeśli w głębi nosimy taki obraz, to modlitwa z prawdziwymi uczuciami – złością, rozpaczą, zwątpieniem, pożądaniem, zazdrością – wydaje się ryzykowna, bo „przecież tego się nie mówi Bogu”.

Tymczasem tradycja biblijna jest w tym miejscu zaskakująco odważna. Psalmy zawierają także zapis nieuporządkowanych, surowych emocji nieraz wprost kierowanych do Boga, ale też do ludzi – żal, gniew, rozpacz, a nawet pretensje i złorzeczenia (zob. psalmy 35, 58, 69, 109). Hiob nie chowa się ze swoimi uczuciami – pod ich wpływem krzyczy wprost w twarz Bogu. Paradoksalnie to jego, a nie jego „poprawnych teologicznie” przyjaciół, Bóg na końcu chwali za szczerość.

Te biblijne przykłady sugerują coś ważnego – Bóg nie oczekuje przefiltrowanej, oczyszczonej wersji uczuć. Oczekuje autentyczności – nawet jeśli ta autentyczność jest brzydka, chaotyczna, pełna sprzeciwu, buntu, złości i gniewu. On właśnie po to jest, by pokazując Mu te emocje, znaleźć w Nim ukojenie, uwolnienie, uporządkowanie, zrozumienie i pokój wewnętrzny.

Chowanie uczuć przed Bogiem można też odczytać jako cichą nieufność co do tego, czy On naprawdę wytrzyma to, co się w nas dzieje. Jakby uczucie było zbyt duże, zbyt brzydkie, zbyt niebezpieczne, żeby je komukolwiek – łącznie z Bogiem – pokazać w całości. To głęboko ludzki mechanizm, ale duchowo jest to coś w rodzaju niedowierzania w to, że miłość, o której mówi wiara, jest naprawdę bezwarunkowa.

Poczucie nieobecności Boga

Nasza samotność duchowa rzadko bierze się z nieobecności Boga. Częściej bierze się z tego, że sami zamykamy drzwi, żeby nie być zobaczonymi w prawdzie i zostać w niej przyjętymi. Nierzadko to stawanie w prawdzie przed Bogiem kojarzymy – na podstawie naszych doświadczeń w relacji z innymi – z możliwością potępienia i odrzucenia. Nasze myślenie: „Boga nie ma, milczy, odsunął się” jest skutkiem przenoszenia na relację z Bogiem uczuć powstałych na skutek naszych doświadczeń w relacjach z innymi. Tymczasem Jezus przez dzieło swojego Krzyża mówi nam, że obecność Boga jest stała, niezależna od naszego stanu emocjonalnego czy moralnego. To nie On znika. Zmienia się raczej nasza zdolność albo gotowość, żeby w tę obecność uwierzyć i na nią się otworzyć.

To rozróżnienie jest istotne, bo przesuwa ciężar. Jeśli Bóg zniknął, jestem bezradny — mogę tylko czekać. Ale jeśli to ja zamknąłem drzwi, to znaczy, że jest we mnie coś, co mogę rozpoznać i zmienić.

Sami zamykamy drzwi, żeby nie być zobaczonymi w prawdzie

Tu wraca mechanizm z Edenu, o którym mówiliśmy – ukrywanie się nie jest próbą zatajenia faktów, tylko unikaniem bycia widzianym takim, jakim się naprawdę jest. Zamykanie drzwi to nie jest jednorazowy akt, tylko codzienna, często nieświadoma praktyka – wybieramy modlitwę grzecznościową zamiast szczerej, unikamy ciszy, w której mogłyby wypłynąć niewygodne uczucia, trzymamy się rytuału jako formy, ale nie pozwalamy sobie na bycie w nim naprawdę obecnym.

Zamknięte drzwi dają złudne poczucie kontroli – jeśli nie pokażę tego, co we mnie brzydkie, chaotyczne, zranione, to teoretycznie nie zostanie to ocenione. Problem w tym, że taka postawa blokuje też bliskość. Nie da się selektywnie otworzyć drzwi tylko na to, co „dobre” – zamknięcie działa całościowo.

Droga wyjścia z takiej samotności duchowej nie polega na szukaniu dowodów, że Bóg jest obecny – bo teologicznie ta obecność jest zakładana jako dana. Polega raczej na stopniowym uchylaniu drzwi – pozwoleniu sobie na przyniesienie do modlitwy tego, co naprawdę jest: złości, zwątpienia, pustki, zmęczenia – zamiast wersji oczyszczonej i „właściwej”. To ryzykowne, bo wymaga zgody na bycie zobaczonym, ale to właśnie ten gest, a nie poszukiwanie dodatkowych dowodów obecności Boga, daje coraz większe poczucie Jego akceptacji, bliskości i miłości.

Dlatego Droga Siostro, Drogi Bracie, nie jesteś taka sama, taki sam, jak ci się teraz wydaje – nawet jeśli w tej chwili trudno ci w to uwierzyć. To, co czujesz, nie jest oznaką słabej wiary ani dowodem, że coś robisz źle. Poczucie opuszczenia przez Boga to jedno z najstarszych ludzkich doświadczeń, jakie zna Biblia. Zobacz – psalmista krzyczał: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” Ps 22, 2). To są te same słowa, które później, na krzyżu, powtórzy Jezus (Mt 27,46; Mk 15,34). To zdumiewające – sam Chrystus przechodzi przez doświadczenie poczucia opuszczenia przez Boga. Jeśli On mógł to poczuć i wypowiedzieć na głos, to twoje odczucie nie jest niczym, czego trzeba się wstydzić.

Hiob mówił wprost do Boga, nie ukrywając swoich pretensji, buntu, a nawet oskarżeń Boga o milczenie i niesprawiedliwość, a mimo to Pismo stawia go za przykład szczerości, nie grzechu. Eliasz, po wielkim zwycięstwie na górze Karmel, uciekł na pustynię i prosił Boga o śmierć, mówiąc, że już nie może dalej żyć. Bóg odpowiedział mu nie wyrzutem, tylko chlebem, snem i cichym powiewem wiatru. Prorok Jeremiasz przeklinał dzień swoich narodzin i oskarżał Boga, że go zwiódł. Inny prorok, Jonasz, siedząc pod uschniętym krzewem, mówił Bogu wprost, że woli umrzeć niż żyć dalej z tym, co czuje.

To pokazuje coś ważnego – w Biblii znajdujemy historie wielu osób, które doświadczyły poczucia opuszczenia, milczenia Boga albo rozpaczy. Dawid w wielu psalmach pyta: „Dokąd, Panie? Czy zapomniałeś o mnie na zawsze? Jak długo będziesz ukrywał przede mną swoje oblicze?” (Ps 13,2). Te pytania zostają bez natychmiastowej odpowiedzi w tekście, jakby były zawieszone – tak jak twoje pytania teraz mogą być zawieszone.

Jeśli więc czujesz się porzucony, nie musisz tego uczucia upiększać ani chować. Nie musisz przychodzić do Boga z gotową, poprawną wersją siebie. Możesz przyjść dokładnie taki, jaki jesteś – zmęczony, zły, pusty – tak jak przyszedł Hiob, Eliasz, Jeremiasz, Dawid. To, co teraz najbardziej potrzebne, to nie znalezienie właściwych, pobożnych słów, tylko zgoda na bycie zobaczonym bez maski.

Czasem to, co nazywamy milczeniem Boga, jest naszym własnym zamknięciem się – nie dlatego, że coś jest nie tak z naszą wiarą, ale dlatego, że ból bywa zbyt duży, by chcieć go komukolwiek pokazać, nawet Bogu. Ale ta sama bariera, która ma chronić przed zranieniem, potrafi odciąć od bliskości, której najbardziej się szuka.

Nie musisz na siłę odczuwać obecności, której teraz nie czujesz. Możesz po prostu powiedzieć Bogu to, co jest prawdą, tak jak mówili to prorocy i psalmiści przed tobą: „Czuję się opuszczony. Nie rozumiem, gdzie jesteś. Boli mnie to.”. To też jest modlitwa i to modlitwa głęboko biblijna. Może to, co przeżywasz, jest miejscem przejścia – nie punktem końcowym – z którego powoli można znów zacząć mówić prawdę, aż stanie się ona mostem prowadzącym do Boga i Jego doświadczenia obecności oraz miłości, a nie murem oddzielającym ciebie od Niego.

Wielu autorów duchowych podkreśla, że modlitwa autentyczna wymaga właśnie zdjęcia tej maski – przyjścia z tym, co się naprawdę czuje, a nie z wyidealizowaną, poprawną wersją siebie. Ukrywanie uczuć przed Bogiem jest więc w istocie ukrywaniem ich przed sobą samym, bo Bóg w tej perspektywie już je zna. Dlatego przyjdź do Niego i powierz Mu siebie ze wszystkim, co czujesz, by On ciebie przytulił, ukoił, uzdrowił i napełnił swoim pokojem i ufnością.

Eliasz, przebywając w grocie na górze Horeb, słyszy: „Wyjdź, aby stanąć wobec Pana”. To wyjście skończyło się doświadczeniem ciszy, spokoju, choć początkowo było doświadczeniem lęku i poczucia zagrożenia. Historia natomiast Piotra z dzisiejszej ewangelii pokazuje, że takie wyjście podczas, którego doświadcza się swojej słabości i zwątpienia spotyka się z dłonią Boga niosącego ratunek. Bóg zaprasza ciebie do wyjścia, do pokazania się, by poprzez swoją Obecność dać ci poczucie pokoju wewnętrznego. Wreszcie pokoju – być może po wielu latach niepokoju.

Jeśli chcesz porozmawiać o swojej relacji do Boga, o swoich problemach duchowych, czy emocjonalnych, napisz smsa z prośbą o kontakt na numer +48 661 104 707 (spotkania mają formę online przez wybrane komunikatory internetowe). Oddzwonię i chętnie umówię się na spotkanie.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

ks. Janusz Michalewski

Wersja audio: https://open.spotify.com/episode/3G8o0Y6ZChduJvZR78W4RH?si=cwZllgs4T3SyVSIzyAjp0g